Lab_reportazu (orygiał)
Lab_reportazu (wersja)
1
przed wojną
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Leszek Hajdukiewicz<span id="discussion_1013" class="discussion_marker"></span>
Podpisuję się Adzik z Targówka i troszkę ze Szmulek, czyliż… Tadeusz Szurek.
Leszek Hajdukiewicz Skąd się to wzięło?
Tadeusz Szurek, rozmawia
Leszek Hajdukiewicz
Całą swoją durną i chmurną młodość spędziłem na Targówku. Bazar leży przy Targówku lub jak ktoś woli odwrotnie. Wiech powiedział, że kiedy Warszawa była jeszcze lasem i polowano tutaj na tury, to na Targówku już były osiedla i wytapiano z rudy darniowe żelazo. W związku z tym należy powiedzieć, że najważniejszym miejscem w Warszawie jest Targówek. Urodziłem się w 1925 w Warszawie i po 5 latach od urodzenia przenieśliśmy się na Targówek. Mój ojciec był całe życie tramwajarzem. W związku z tym miałem darmowe przyjazdy, oglądanie miasta i załatwianie zakupów przede wszystkim, a to sprowadzało się do Pragi i Bazaru Różyckiego.
Olgierd Budrewicz, reporter miejski „Życia Warszawy” od 1946 r.,
rozmawia
Małgorzata Pużyńska,
Warszawa, grudzień 2003 r.
Przed wojną Praga to była dzielnica proletariatu i lumpenproletariatu. Mieszkało tam dużo biedoty. Mówiło się, że Praga to schody kuchenne Warszawy, bo wiele dziewcząt z Pragi pracowało jako służące po drugiej stronie Wisły.
Zygmunt Pągowski,
rozmawia
Andrzej Rudnicki
Paru bogatych ludzi mieszkało na Pradze, a reszta to robotnicy kolejarze, tramwajarze. Największe mieszkanie to pokój z kuchnią, a jak miał ktoś ubikację to był to już luksus. Wanny, łazienki to już nie było w żadnym domu. W tych bogatszych na Targowej to może były. Normalnie to jeden kran przypadał na pięciu, sześciu lokatorów.
Zygmunt Broniarek,
rozmawia
Marta Kamińska
Ubikacja znajdowała się zwykle na podwórzu. Taki szalet. Latryna, tak można powiedzieć. Wyżej mieściły się pokoje z kuchnią, balkon wspólny. Wspólny balkon. To już był luksus. Przypuszczam, że ludzie, którzy tu mieszkali, tak jak i ja, to wyrobili w sobie uczucie, z jednej strony zazdrości – że my tu jesteśmy. Nawet jeżeli mieszkaliśmy na takich podwórkach jak studnie. A więc była zazdrość, a z drugiej strony było dążenie, to tego żeby tych burżujów trochę wykiwać. Żeby nie byli tacy mądrzy, żeby nie byli tacy silni. I to wyrobiło w nas smykałkę, która pomagała przetrwać. Pomagała w samym sposobie życia. Ja uważam, że ludzie, którzy mieszkali na Pradze byli silniejsi psychicznie, charakterologicznie, byli silniejsi od tych inteligencików ze Śródmieścia. To pozwoliło bazarowi Różyckiego przertwac i żyć. Dzięki temu stał się on domeną prywatnej inicjatywy.
Stefan Kłyszewski
rozmawia…
Bieda uczy wszystkiego. W dowodzie tam gdzie imiona rodziców mam wpisane NN. W zakładzie byłem chowany, u księdza Siemca, na Lipowej 13. Księża mnie dobrze wychowali. I tam gdzieś do 7 lat wytrzymałem. Tacy Dyrektorowie z banku na Bielańskiej chcieli mnie adoptować, bo ja byłem taki czarnulek, ładny chłopak. Przyszli do zakładu. A ten dyrektor to był takiego samego pochodzenia jak ja, też bez rodziców. Od razu mnie wybrali. Ja mu się na szyję rzuciłem. Ale gdyby mnie adoptowali od razu to by mnie wykształcili. Ale oni chcieli na razie tylko opłacać wszystko i w niedzielę mnie odwiedzać. I tak było, odwiedzali mnie, ubranka przynosili, ale mnie to nie urządzało. Mnie pachniała wolność. Zacząłem uciekać. Najpierw kupiłem mleko, lepy na muchy i tak po podwórkach chodziłem. To było modnie coś sprzedawać. Jak się już tak rozkręciłem z tymi lepami to kupiłem koszyczek na fiołki, bratki i pod cukiernią u Bliklego stałem. Jak taka para wychodziła, narzeczeństwo, nie narzeczeństwo, on w bryczesach to ja buch tej pani kwiatuszki dawałem, to on mi złotówkę albo i dwie dawał. I tak zacząłem się rozkręcać. Miałem wtedy z osiem lat. Później zacząłem handlować grubszymi rzeczami. Jak już miałem uzbieranych trochę pieniędzy jakieś 600, 700 złotych to zacząłem rozwozić mleko z mleczarni. Od butelki miałem złotówkę. I wypatrzyłem sobie garaż od frontu u takiego sędziego. Poszedłem do niego i zapytałem, czyby mi tego garażu nie wynajął na sklepik. Miałem wtedy 17 lat. Sędzia zgodził się, ale z góry musiałem zapłacić za 3miesiące. To było na Żoliborzu, a tam nie przychodziły kupować panie, tylko służące. A ja byłem ładny, czarny chłopak to te służące umawiały się ze mną do cukierni, do kina. Lubiły mnie i chociaż tam wokół były wielkie spółdzielnie to one wszystkie do mnie przychodziły kupować. Pewnego dnia przyszła do mnie do sklepu taka pani i mówi: „to tu przychodzą moje służące kupować, bo im się towar podoba, ale ja myślę, że im się coś innego tu podoba”. Zacząłem mieć tyle towaru, że przed sklepem się sprzedawało, na zewnątrz i wewnątrz. A tuż obok był taki duży sklep wspólników. Za jakiś czas przyszedł do mnie ich kierownik i powiedział, że ja się bardzo dyrektorowi spodobałem i proponuje mi stanowisko kierownicze i tyle będę dostawał co w tym sklepiku mam. Ja im straszną konkurencję zrobiłem. Szło mi jak cholera. Najpierw jedna ekspedientkę miałem, później drugą. No to ja temu kierownikowi mówię, żeby powiedział swojemu dyrektorowi, że ja do swojego sklepu kierownika szukam. To po co tam pójdę? Jak ja bym tu bankrutował to byście mnie nie brali, a ja wam tu w skórę daję. A z pana to cwaniak – powiedział, zabrał się i poszedł. Mocno się rozkręciłem, ale do wojska zostałem powołany, do Pińska jak jeszcze polski był. Ja już wtedy sporo pieniędzy w banku miałem, ten sklepik odstąpiłem komu innemu. W tym wojsku to było marne żywienie, to ja się stołowałem w oficerskim kasynie i przez dwa lata wszystkie pieniądze przejadłem. Jak wyszedłem znów byłem golas. I znów trzeba było od czegoś zaczynać. Ale już byłem starszy i te firmy co mi przedtem dawały towar (Stowimkol i inni) na rękę mi poszły. Znów budę wynająłem na sklepik, ale jeszcze nie na bazarze. Później dostałem się na Koszykową, sprzedawałem owoce i prowadziłem ich hurt. Jak się ożeniłem to miałem tyle pieniędzy, że ryksza mnie woziła z tymi pieniędzmi. Żonę poznałem jak ten sklepik na Żoliborzu miałem. Jej siostra tam przychodziła, była ładna dziewczyna i zaczęła się u mnie zaopatrywać Podobała mi się, ale była naciągaczka, a ja byłem skromny chłopak. Chciała, żeby jej bez przerwy fundować teatry, cukiernie, kina. Raz umówiłem się z nią na Śniadeckich, że ona tam wyjdzie, ale przychodzi do mnie taka młoda pani i mówi, że jej siostra nie może wyjść. Pracowała jako wychowawczyni u takiego pana co mu żona zmarła i nie mogła wyjść, bo nie miał kto z dziećmi zostać. I zaproponowała mi, że razem możemy spędzić czas. No i z tą przyszłą żoną zacząłem trochę chodzić. Nie była naciągaczką, bo mi za bilet do teatru zwróciła. Pomyślałem, że taka prędzej się na żonę nadaje. Tamtą rzuciłem i z tą się ożeniłem.
Zygmunt Pągowski, rozmawia
Andrzej Rudnicki
Wychowałem się na Szmulkach gdzie większość stanowili Żydzi. Przeważnie Polaków w kamienicy było dwóch, trzech – dozorca, czy inny biedniejszy. A na bazarze przed wojną to było może 5-10 Polaków co handlowali, a tak to wszystko żydowskie budki były – 90 procent.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Żydzi. To byli najlepsi kupcy świata. Wszyscy o tym wiedzieli i dlatego chodziło się we dwoje, żeby ktoś oglądał przód i tył, żeby Żyd nie oszukał.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
– Panie tramwajarz, poczekaj pan – mówi Żyd do mojego ojca. Ja mam dla pana garniturek. Specjalnie on tu czekał na pańskiego syna.
Więc przymiarka wygląda to w ten sposób, że Żyd stawiał takiego delikwenta przed lustrem. Z tyłu pociągał za marynarkę, tu pogłaskał, tam pogłaskał.
– Widzisz pan jak pasuje?
Potem odwracał i ta sama historia z tyłem. A że był za długi? To na wyrost, bo zwykle chłopak rośnie. Jak sprzedawca zaproponował ojcu cenę to tata dawał połowę. Oczywiście były krzyki, zaklinanie się na żonę, na dzieci. Kończyło się tak na 60 % ceny wywoławczej i towar sprzedawano. Zresztą jakby przyszedł kupujący i gdyby zapłacił tyle ile kupiec chciał, to byłaby to podejrzana transakcja.
Teresa Szejwian,
ur. 1936 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Żydzi mieli głowę do handlu. Zawsze mówili: panie, siadaj pan, jak tu nie ma tego, co pan chce, to ja panu przyniosę. On nie wypuścił, jak zobaczył klienta. Wiedział, że on musi kupić. Mieli do tego głowę. No i dużo było Żydów. Mieli swoje kamienice i zawsze mówili, że wasze ulice, nasze kamienice. I potem musieli to wszystko opuścić. Oni do dzisiaj mają tego świadomość, że tutaj są ich korzenie. A ja lubiłam Żydów. Chciałabym, żeby wszyscy ludzie byli tolerancyjni. Bo ja nie popieram złe sprawy. Zresztą Żyd to też człowiek, jak i każdy. Mnie ich śpiewy, ich kultura żydowska się podoba. Bo oni mieli w sobie więcej jak warszawiacy tego dowcipu, tego humoru. I prażanie się od nich uczyli tej wesołości. Bazar Różyckiego był wspaniały z tego powodu. A teraz to jak wejdę, taka sypialnia, martwy bazar jest, taki smutny – sami goje. Żydzi byli świetnymi handlarzami. Potrafili klienta rozbawić i zabawić. Nie ma jak u mnie, nigdzie pan tak nie kupi! No, tak umieli zachwalać, że to się nie da opowiedzieć. I naprawdę wszystko wyłożyli. I nie wypuścili klienta, dopóki towar się nie sprzedał: Jak nie ma tego, to ja panu zamówię.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
No i przyszło dwóch aktorów kupić sobie jakąś nadzwyczajną, świńską walizkę ze skóry na podróże. Patrzą, ale takiej nigdzie nie ma. Stanęli zmęczeni i jeden z nich mówi: „Nie, nie dostaniemy tego, świeże. Nie, nie, nie, nie dostaniemy, wątpię, wątpię. Żyd wychodzi: „Przepraszam bardzo, u mnie jest »świeże wątpię«”.
Olgierd Budrewicz,
rozmawia
Małgorzata Pużyńska
Bazar Różyckiego i jego okolice, Ząbkowska, Brzeska, to była całkiem inna dzielnica niż dzisiaj. Przekupki z tym specyficznym zaśpiewem zachęcały, żeby kupić flaki i … pyzy. Po ulicach i podwórkach krążyli handlarze, trupy cyrkowe.
Zygmunt Broniarek,
rozmawia
Dorota Kalinowska
Sprzedawano horoskopy. To wyglądało w ten sposób, że sprzedawca miał butlę, z jakimś specyficznym gazem i czyste kartki papieru. Jak się chciało ten horoskop kupić, to on wkładał tę kartkę papieru do butelki, do takiego wazonu właściwie, i nasycał go gazem. A następnie wyciągał już gotowy horoskop. Miałem wtedy 14 lat. Służyłem wówczas do Mszy, w starym kościółku pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej przy ulicy Ratuszowej. Myśmy z procesją chodzili do bazyliki na Kawęczyńską, zawsze obok bazaru Różyckiego. Matka była praczką, pracowała w szpitalu Przemienienia Pańskiego, a ojciec drukarzem obiciowym. To znaczy – drukował tapety u Franaszka na Woli.
Jadwiga Konarska,
ur. 1920,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Targowa po stronie bazaru, to były przeważnie domki parterowe drewniane. Na bazar prowadziło wspaniałe wejście. Na środku stał wielki syfon, w którym znajdował się sklep z owocami. Wszystkie owoce, jakie pani chciała. Takich jabłek, jak tam nie widziałam potem już nigdy w życiu. To były jabłka sprowadzane w beczkach, niewielkie, takie jak większe jajka, z jednej strony czerwone, z drugiej jasne.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
W tym syfonie kiosku sprzedawała babka, która miała śliczną córkę. I chodzili tam wszyscy kupować wodę sodową, żeby popatrzeć na tą córkę.
Hanna Sujecka,
ur. 1918 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Tuż obok była kiedyś brama, taka ogromna od Brzeskiej, i jak się wchodziło tamtędy, to w szeregach stali zawsze Żydzi, mieli masło i jajka w bardzo dobrym gatunku. Najpierw z mamą tam zachodziłyśmy.
Anna Gulmantowicz, ur. 1925 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Ze służącą chodziłam zawsze ciekawa, jak ona sprawunki załatwia. Tutaj przy bramie zaraz były stoiska ze śledziami, trochę dalej dużo warzyw, potem kramy z gotową odzieżą. Ale przede wszystkim to był bazar z artykułami żywnościowymi: owoce, jarzyny mięso. Przy bramie były żydowskie śledzie w olbrzymich beczkach, beczki stały obręczami otoczone... Żydzi sprzedawali uliki... Nazwa śledzi specjalnie tuczonych, tłustych śledzi.
Jadwiga Konarska,
ur. 1920,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Cała alejka z rybami. Cała alejka jatki z mięsem. Wszystkie gatunki mięsa. Co pani chciała. Z drugiej strony owoce i jarzyny. Wszystkie kasze, wszystkie owoce przez cały rok. To był przewspaniały targ i naprawdę te owoce były tanie, były świeże. Tam się można było we wszystko zaopatrzyć, czego dusza zapragnęła.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Zioła rozkładano na płachtach, na betonie, zielarki przyjeżdżały, wszystko można było kupić, nie potrzeba było chodzić do apteki. Na wszystkie choroby leki. Dalej były już budki z ubraniami – ślubne suknie, do Komunii, wszystko. Jak pani weszła, nie musiała pani nigdzie chodzić, duży kosz trzeba było wziąć, a nawet dwa, i wszystko się kupowało, wracało się do domu z pełnymi zakupami. Sklepików było mnóstwo jeszcze po drodze, sklepy malutkie i w suterenie, się wchodziło po schodkach. I wszystko, prawie wszystko było żydowskie. Nie było lodówek więc towar musiał być świeży. Wszystko wiadomo, że smaczniutkie. I rzeczywiście, to wszystko przed wojną było ekstra smaczne, bo było wszystko bardzo świeże, żadne mrożonki, żadne dorabianki, bo nie było możliwości fałszowania towaru, od razu się psuł i do widzenia. I nie sprzedał nikt. Pomarańcze były przepyszne, katańskie, których teraz już nie ma, teraz pomarańcze nie mają smaku, pomidory nie mają smaku, to wszystko jest inne i bez smaku.
Hanna Sujecka,
ur. 1918 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
No i oczywiście targowanie się. To tu nie było zakupu żadnego bez targowania. Kiedyś mama przeholowała, bo handlarz dał cenę masła – dziesięć złotych, a mama mówi: ja mogę dać pięć. To on już tylko oczy duże zrobił: – Pani, a skąd Pani przyszła?! Moja mama mówi: – Z Honolulu. – To idź pani lulu. No to odwróciłyśmy się – ale gdzie tam! Pobiegł zaraz za nami. – Pani, no co, nie dobijemy targu? No co, nie kupi pani u mnie? I zaraz był powrót z opuszczeniem ceny. I w końcu gdzieś w środku stanęło. Tam brali na nóż, próbowali – a mama moja powąchała tylko masło i wiedziała czy dobre. Ja podziwiam ją, bo ja musiałabym rzeczywiście spróbować – a nie powąchać. – Dobre, to proszę.
Anna Gulmantowicz, ur. 1925 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Obowiązkowo targowanie do dobrego tonu należało. Ząb za ząb, że tak powiem, jak nie, to szło się do innego, to ta przekupka wtedy latała, ciągnęła panią za kapotę tak jak na targu w Konstantynopolu, w Stambule, że jak klient interesuje się czymś, bo mu cena nie odpowiada, to sprzedający oczywiście zawraca i obniża cenę. Moja ciotka, Wołczyńska, miała dużą budę na bazarze. Budę z odzieżą damską, męską, dziecięcą. Na początku odzież, potem materiały. Ciotka była siostrą rodzoną mamy. Można powiedzieć, że utrzymywała całą moją rodzinę. Bardzo dobrze jej się powodziło. Mieszkała na Kępnej. Miała dwie służące. Jeszcze przed okupacją zatrudniała też krawcowe i hafciarki, które haftowały monogramy na bieliźnie. Bielizna pościelowa, męska, damska. Wtedy jeszcze niewiele było budek z gotową odzieżą. Od tej ciotki miałam sukienkę na komunię.
Barbara Jarosławska,
rozmawia
Katarzyna Michałowski
Mama kupiła nam z okazji I Komunii książeczki do nabożeństwa. Miała na bazarze kogoś, kto nam te zniszczone książeczki naprawiał. Chodzili też tacy, którzy mieli przywiązaną na szyi skrzyneczkę i sprzedawali cuda do odplamiania, papierki do zalepiania słoików zamiast nakrętek.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
To był bazar, gdzie można było wejść nago, a wyjść ubrany jak dżentelmen.
Zofia Bogucka,
ur. 1915 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Tam mogłaś iść głodna, wyszłaś najedzona, poszłaś boso, wyszłaś ubrana, tam wszystko się kupiło, od a do z, od koszuli, jak się mówiło, od majtek do, do... futra.
Teresa Błaszczyk,
Wspomnienia warszawskiej Pragi z lat trzydziestych dwudziestego wieku – widzianej oczami dziecka między 7 a 12 rokiem życia.
TPP (Towarzystwo Przyjaciół Pragi)
Miałam koleżankę, której ojciec był na bazarze stróżem. W dni świąteczne pozwalał nam dzieciom bawić się tu. Zsuwaliśmy budki, tworząc z nich coś w rodzaju sceny i na niej urządzaliśmy własnego pomysłu przedstawienia. Zakamarki bazaru były doskonałym terenem do podchodów i gry w chowanego, a alejki między straganami służyły do urządzania wyścigów i gonitw.
Barbara Jarosławska,
rozmawia
Katarzyna Michałowska
Jako dzieci staliśmy na bazarze i obserwowaliśmy szczury, które wychodziły spod budek z mięsem na wybrukowaną kostkę pić wodę z rynsztoków.
Teresa Szejwan,
ur. 1936 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Weszłam na bazar, a tu gra muzyka. Zaraz, jak to było – „Raz pocałuje, raz w mordę bije, i jakoś, chwalić Boga, się żyje”. Albo: „Przy fontannie, usiadł chłopak przy swojej pannie. I stracił miarę – on ją całował, a ona ukradła mu zegarek”. Ja wszystkie kapele lubiłam – czerniakowskie, praskie, no jeszcze i lwowską i wileńską. W tej praskiej można było tą dawniejszą Pragie, jak oni śpiewali, posłuchać i widzieć. Można było poczuć jak to było.
Pan Stanisław
(ustalić nazwisko),
rozmawia
Gabriela Sobiech
Jako warszawski rodak (mam papiery!) z dziada-pradziada i babki-prababki, od dzieciństwa nie lubiłem być karmiony piersią (z czasem mi to przeszło) i zawsze na pierwszym miejscu stawiałem butelkę, co do dziś mi zostało, tyle, że smoczek zamieniłem na śledzika w śmietanie! Wychowałem się na Czerniakowie, wśród muzycznej rynsztokracji spod znaku klucza francuskiego i wytrycha basowego, wtedy to właśnie zakochałem się w piosence warszawskiej. Dopiero kiedy piosenka schodzi na ulicę, kiedy nuci ją każda kucharka, każdy graciarz, dorożkarz, zdobywa ona naprawdę popularność. Jej lekkość i melodyjność podbijała tłumy, wszyscy śpiewali, nucili, po prostu je znali. Ludzie rozczulali się nad tułaczym losem zwykłych ulicznych opryszków, współczuli Czarnej Mańce i Staszkowi Apaszowi… Jak naiwnie teraz brzmią stare refreny, te gawoty, walczyki i poleczki. Kiedyś piosenka brała się z życia, jak na przykład w „Saskim Ogrodzie”. Och! Co to kiedyś był Ogród Saski! Nazywany był salonem letnim Warszawy. Przychodzono tu na ranne wody lub popołudniową kawę, każda aleja miała własną publiczność, a zakochane pary traktowały spacer aleją westchnień niemalże jak obowiązek. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wymyślili swojej wersji tej piosenki. Co wy, młodzi myślicie, że tylko wy wymyślacie przeróbki piosenek, my robiliśmy to samo…
W saskim Ogrodzie koło fontanny
Jakiś się frajer przysiadł do panny
I tak z nią grucha i tak z nią grucha
Myślą, że w końcu pannę wyszuka
Lecz panna twarda się nie dała
I alfonsiaka po mordzie zlała
Alfonsiak nakrył się wnet nogami
No i obdzwonił ziemię ja..mi
Ach! Chodziło się do Ogrodu z sikorkami… a potem ferajnie chwaliło, co się tam wyczyniało…! Każdy chciał być picuś nielada. Pamiętam jak chłopaki na dziewczyny chodzili. Ja to jeszcze łapserdak byłem i tylko im zazdrościłem i kipe (nos) na kwintę zwieszałem, że oni już mogą a ja nie Najbardziej jednak znane piosenki grały orkiestry uliczne, czyli tam, gdzie mieszkał prosty lud. W Warszawie było to zwłaszcza: Powiśle, Czerniaków, Praga i okolice Chmielnej były to miejsca pełne kontrastów i swoistego folkloru. Miały te ulice jakiś trudny do uchwycenia i zidentyfikowania urok. Niejeden próbował się tam wkupić do ferajny, ale mógł się tam przyjąć tylko swojak. Z braku stałego zajęcia młodzi spędzali czas na ulicy. Wszyscy się znali, w zwyczaju było odstanie pod bramą lub na rogu ulicy kilku godzin. Tam właśnie tworzono piosenki na poczekaniu, potem przekazywano je z ust do ust… W licznych knajpach „Sielance”, „Pod Gąską” i wielu, wielu innych załatwiano sprawy towarzyskie i handlowe. Burdy i rozróby były tam na porządku dziennym. Jest rzeczą niemożliwą, by mówić o folklorze przedwojennej Warszawy nie wspomnieć o piosence, której powstanie i egzystencja wiązała się z tęsknotą za „wolnością kochaną”. Język więzienny, mowa, a właściwie żargon dodawał piosenkom poczucia siły, osnuwał przestępcę urokiem tajemnicy romantyzmu. Taki właśnie język nazywali przestępcy blatną muzyką. Kryminaliści często „wilczą część” swojego życia spędzali za kratkami. Tam właśnie powstawały wiersze i pieśni będące często bohaterskimi rapsodiami opiewającymi życie i czyny „wybitnych bandziorów”. Natomiast złodzieje i kryminaliści i cały szeroko pojmowany margines społeczny się i tłumaczył wszem i wobec:
Podobno się pali czapka na złodzieja głowie.
Lecz gdyby to prawdą na nieszczęście było,
Toby z pół Warszawy czapek się paliło.
Wielokrotnie się zastanawiałem dlaczego tak się dzieje, że przestępcy i złodzieje, ludzie powszechnie potępiani doczekali się swoich ballad? Co nieuchwytnego i pociągającego kryło się w postawach tych ludzi, które z cech ich charakterów powodowały, że powstawała legenda, a ludek Warszawy czynił z ich idoli i bohaterów. Sergiusz Piasecki autor trylogii złodziejskiej („Jabłuszko”, „Spojrzę ja w okno”, „Nikt nie da nam zbawienia”) tymi słowa wyrażał się o marginesie społecznym: „Są to ludzie pełni buntu, siły i energii. Są szczodrzy, dobrzy i serdeczni. Zawsze gotowi pomóc słabszym, biednym i chorym. Nie złamią słowa, nie zawiodą zaufania, nie okradną tymi, z którymi żyją... W więzieniach i szeregach przestępców jest procentowo więcej istotnie uczciwych ludzi niż w normalnym społeczeństwie… Dureń niedołęga i tchórz może być ministrem, wodzem, artystą i politykiem, nauczycielem, kaznodzieją, lecz nie zawodowym złodziejem. Zawodowy złodziej musi mieć spryt, inteligencję i odwagę”. Czy można zgodzić się z taką opinią? W każdym razie warto ją poznać… Niepisany kodeks moralny złodziei zabraniał im podnoszenia ręki na kobietę. Oni bili się tylko pomiędzy sobą. Prawdziwy szanujący się złodziej dbał o swoją brzanę. Nie puszczał jej w miasto, harował na jej zachcianki, zaopatrywał w błyskotki. Pogardzano alfonsami. Dopóki biniawka była wierna, wszystko było dobrze, lecz kiedy poszła w cug, czekała na nią „kosa”.
… Lecz gdy dowiedział się, że Hanka go zdradziła,
w dłoni błysnął długi, ostry nóż…
Były również sikoreczki, które tak samo jak chłopcy z ferajny parały się złodziejskim rzemiosłem. Wówczas traktowano je tak samo, jak mężczyzn.
… W bandzie żyła Murka, dziewczę czarnookie,
Nie wiadomo skąd ją przygnał los
Lecz banda czuwała nad jej każdym krokiem,
W bandzie żyła od najmłodszych lat.
Żegnaj podłe dziewczę!
Zdradę zapłaciłaś życiem swym
Banda nie przebacza, kula jest zapłatą,
Zdradę można zatrzeć tylko krwią!
Jeszcze inne dziewczęta parały się tak zwanym „lekkim fachem” (ogłoszenie z prywatnych zbiorów bohatera):
Potrzebne panny do włóczkowej roboty
Zajęcie tylko wieczorem
Od Marszałkowskiej do Nowego Światu
Często zastanawiam się skąd się ten proceder bierze. Dochodzę do wniosku, że z biedy. To bieda daje światu grandę. Ci, którzy wyszli z biedy, rzadko się z nią rozstają. Ona ich ściga i pożera, a terror pieniądza czyni człowieka złodziejem. Ale były też wesołe strony tej biedy. Dzięki niej powstały bazary. Ależ tam wesoło było. Wszyscy tu zachodzili i to nie tylko w celach handlowych – …Białe lisy (psów szpiclów – Stefan Hycel) – ale także towarzyskich i rozrywkowych. Wszystkie kapele uliczne, o których wspominałem wcześniej tu przychodziły pograć i pośpiewać. A jakie tam pyzy wyborne dawali… już nie ma takich smakołyków! Dzieciarni zawsze się tam zbiegało i krzyczały ze sprzedawcami:
Oranżada na araku, spirytusie i koniaku
Lody, lody – jedno jajko, kubeł wody
Ale to wszystko już przeminęło i już nigdy nie powróci… Moje dziecko, popatrz tylko dookoła (na bazarze) czy wygląda to na wesołe, rozśpiewane i tętniące życiem miejsce?
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Leszek Hajdukiewicz
Podpisuję się Adzik z Targówka i troszkę ze Szmulek, czyliż… Tadeusz Szurek.
Leszek Hajdukiewicz Skąd się to wzięło?
Tadeusz Szurek, rozmawia
Leszek Hajdukiewicz
Całą swoją durną i chmurną młodość spędziłem na Targówku. Bazar leży przy Targówku lub jak ktoś woli odwrotnie. Wiech powiedział, że kiedy Warszawa była jeszcze lasem i polowano tutaj na tury, to na Targówku już były osiedla i wytapiano z rudy darniowe żelazo. W związku z tym należy powiedzieć, że najważniejszym miejscem w Warszawie jest Targówek. Urodziłem się w 1925 w Warszawie i po 5 latach od urodzenia przenieśliśmy się na Targówek. Mój ojciec był całe życie tramwajarzem. W związku z tym miałem darmowe przyjazdy, oglądanie miasta i załatwianie zakupów przede wszystkim, a to sprowadzało się do Pragi i Bazaru Różyckiego.
Olgierd Budrewicz, reporter miejski „Życia Warszawy” od 1946 r.,
rozmawia
Małgorzata Pużyńska,
Warszawa, grudzień 2003 r.
Przed wojną Praga to była dzielnica proletariatu i lumpenproletariatu. Mieszkało tam dużo biedoty. Mówiło się, że Praga to schody kuchenne Warszawy, bo wiele dziewcząt z Pragi pracowało jako służące po drugiej stronie Wisły.
Zygmunt Pągowski,
rozmawia
Andrzej Rudnicki
Paru bogatych ludzi mieszkało na Pradze, a reszta to robotnicy kolejarze, tramwajarze. Największe mieszkanie to pokój z kuchnią, a jak miał ktoś ubikację to był to już luksus. Wanny, łazienki to już nie było w żadnym domu. W tych bogatszych na Targowej to może były. Normalnie to jeden kran przypadał na pięciu, sześciu lokatorów.
Zygmunt Broniarek,
rozmawia
Marta Kamińska
Ubikacja znajdowała się zwykle na podwórzu. Taki szalet. Latryna, tak można powiedzieć. Wyżej mieściły się pokoje z kuchnią, balkon wspólny. Wspólny balkon. To już był luksus. Przypuszczam, że ludzie, którzy tu mieszkali, tak jak i ja, to wyrobili w sobie uczucie, z jednej strony zazdrości – że my tu jesteśmy. Nawet jeżeli mieszkaliśmy na takich podwórkach jak studnie. A więc była zazdrość, a z drugiej strony było dążenie, to tego żeby tych burżujów trochę wykiwać. Żeby nie byli tacy mądrzy, żeby nie byli tacy silni. I to wyrobiło w nas smykałkę, która pomagała przetrwać. Pomagała w samym sposobie życia. Ja uważam, że ludzie, którzy mieszkali na Pradze byli silniejsi psychicznie, charakterologicznie, byli silniejsi od tych inteligencików ze Śródmieścia. To pozwoliło bazarowi Różyckiego przertwac i żyć. Dzięki temu stał się on domeną prywatnej inicjatywy.
Stefan Kłyszewski
rozmawia…
Bieda uczy wszystkiego. W dowodzie tam gdzie imiona rodziców mam wpisane NN. W zakładzie byłem chowany, u księdza Siemca, na Lipowej 13. Księża mnie dobrze wychowali. I tam gdzieś do 7 lat wytrzymałem. Tacy Dyrektorowie z banku na Bielańskiej chcieli mnie adoptować, bo ja byłem taki czarnulek, ładny chłopak. Przyszli do zakładu. A ten dyrektor to był takiego samego pochodzenia jak ja, też bez rodziców. Od razu mnie wybrali. Ja mu się na szyję rzuciłem. Ale gdyby mnie adoptowali od razu to by mnie wykształcili. Ale oni chcieli na razie tylko opłacać wszystko i w niedzielę mnie odwiedzać. I tak było, odwiedzali mnie, ubranka przynosili, ale mnie to nie urządzało. Mnie pachniała wolność. Zacząłem uciekać. Najpierw kupiłem mleko, lepy na muchy i tak po podwórkach chodziłem. To było modnie coś sprzedawać. Jak się już tak rozkręciłem z tymi lepami to kupiłem koszyczek na fiołki, bratki i pod cukiernią u Bliklego stałem. Jak taka para wychodziła, narzeczeństwo, nie narzeczeństwo, on w bryczesach to ja buch tej pani kwiatuszki dawałem, to on mi złotówkę albo i dwie dawał. I tak zacząłem się rozkręcać. Miałem wtedy z osiem lat. Później zacząłem handlować grubszymi rzeczami. Jak już miałem uzbieranych trochę pieniędzy jakieś 600, 700 złotych to zacząłem rozwozić mleko z mleczarni. Od butelki miałem złotówkę. I wypatrzyłem sobie garaż od frontu u takiego sędziego. Poszedłem do niego i zapytałem, czyby mi tego garażu nie wynajął na sklepik. Miałem wtedy 17 lat. Sędzia zgodził się, ale z góry musiałem zapłacić za 3miesiące. To było na Żoliborzu, a tam nie przychodziły kupować panie, tylko służące. A ja byłem ładny, czarny chłopak to te służące umawiały się ze mną do cukierni, do kina. Lubiły mnie i chociaż tam wokół były wielkie spółdzielnie to one wszystkie do mnie przychodziły kupować. Pewnego dnia przyszła do mnie do sklepu taka pani i mówi: „to tu przychodzą moje służące kupować, bo im się towar podoba, ale ja myślę, że im się coś innego tu podoba”. Zacząłem mieć tyle towaru, że przed sklepem się sprzedawało, na zewnątrz i wewnątrz. A tuż obok był taki duży sklep wspólników. Za jakiś czas przyszedł do mnie ich kierownik i powiedział, że ja się bardzo dyrektorowi spodobałem i proponuje mi stanowisko kierownicze i tyle będę dostawał co w tym sklepiku mam. Ja im straszną konkurencję zrobiłem. Szło mi jak cholera. Najpierw jedna ekspedientkę miałem, później drugą. No to ja temu kierownikowi mówię, żeby powiedział swojemu dyrektorowi, że ja do swojego sklepu kierownika szukam. To po co tam pójdę? Jak ja bym tu bankrutował to byście mnie nie brali, a ja wam tu w skórę daję. A z pana to cwaniak – powiedział, zabrał się i poszedł. Mocno się rozkręciłem, ale do wojska zostałem powołany, do Pińska jak jeszcze polski był. Ja już wtedy sporo pieniędzy w banku miałem, ten sklepik odstąpiłem komu innemu. W tym wojsku to było marne żywienie, to ja się stołowałem w oficerskim kasynie i przez dwa lata wszystkie pieniądze przejadłem. Jak wyszedłem znów byłem golas. I znów trzeba było od czegoś zaczynać. Ale już byłem starszy i te firmy co mi przedtem dawały towar (Stowimkol i inni) na rękę mi poszły. Znów budę wynająłem na sklepik, ale jeszcze nie na bazarze. Później dostałem się na Koszykową, sprzedawałem owoce i prowadziłem ich hurt. Jak się ożeniłem to miałem tyle pieniędzy, że ryksza mnie woziła z tymi pieniędzmi. Żonę poznałem jak ten sklepik na Żoliborzu miałem. Jej siostra tam przychodziła, była ładna dziewczyna i zaczęła się u mnie zaopatrywać Podobała mi się, ale była naciągaczka, a ja byłem skromny chłopak. Chciała, żeby jej bez przerwy fundować teatry, cukiernie, kina. Raz umówiłem się z nią na Śniadeckich, że ona tam wyjdzie, ale przychodzi do mnie taka młoda pani i mówi, że jej siostra nie może wyjść. Pracowała jako wychowawczyni u takiego pana co mu żona zmarła i nie mogła wyjść, bo nie miał kto z dziećmi zostać. I zaproponowała mi, że razem możemy spędzić czas. No i z tą przyszłą żoną zacząłem trochę chodzić. Nie była naciągaczką, bo mi za bilet do teatru zwróciła. Pomyślałem, że taka prędzej się na żonę nadaje. Tamtą rzuciłem i z tą się ożeniłem.
Zygmunt Pągowski, rozmawia
Andrzej Rudnicki
Wychowałem się na Szmulkach gdzie większość stanowili Żydzi. Przeważnie Polaków w kamienicy było dwóch, trzech – dozorca, czy inny biedniejszy. A na bazarze przed wojną to było może 5-10 Polaków co handlowali, a tak to wszystko żydowskie budki były – 90 procent.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Żydzi. To byli najlepsi kupcy świata. Wszyscy o tym wiedzieli i dlatego chodziło się we dwoje, żeby ktoś oglądał przód i tył, żeby Żyd nie oszukał.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
– Panie tramwajarz, poczekaj pan – mówi Żyd do mojego ojca. Ja mam dla pana garniturek. Specjalnie on tu czekał na pańskiego syna.
Więc przymiarka wygląda to w ten sposób, że Żyd stawiał takiego delikwenta przed lustrem. Z tyłu pociągał za marynarkę, tu pogłaskał, tam pogłaskał.
– Widzisz pan jak pasuje?
Potem odwracał i ta sama historia z tyłem. A że był za długi? To na wyrost, bo zwykle chłopak rośnie. Jak sprzedawca zaproponował ojcu cenę to tata dawał połowę. Oczywiście były krzyki, zaklinanie się na żonę, na dzieci. Kończyło się tak na 60 % ceny wywoławczej i towar sprzedawano. Zresztą jakby przyszedł kupujący i gdyby zapłacił tyle ile kupiec chciał, to byłaby to podejrzana transakcja.
Teresa Szejwian,
ur. 1936 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Żydzi mieli głowę do handlu. Zawsze mówili: panie, siadaj pan, jak tu nie ma tego, co pan chce, to ja panu przyniosę. On nie wypuścił, jak zobaczył klienta. Wiedział, że on musi kupić. Mieli do tego głowę. No i dużo było Żydów. Mieli swoje kamienice i zawsze mówili, że wasze ulice, nasze kamienice. I potem musieli to wszystko opuścić. Oni do dzisiaj mają tego świadomość, że tutaj są ich korzenie. A ja lubiłam Żydów. Chciałabym, żeby wszyscy ludzie byli tolerancyjni. Bo ja nie popieram złe sprawy. Zresztą Żyd to też człowiek, jak i każdy. Mnie ich śpiewy, ich kultura żydowska się podoba. Bo oni mieli w sobie więcej jak warszawiacy tego dowcipu, tego humoru. I prażanie się od nich uczyli tej wesołości. Bazar Różyckiego był wspaniały z tego powodu. A teraz to jak wejdę, taka sypialnia, martwy bazar jest, taki smutny – sami goje. Żydzi byli świetnymi handlarzami. Potrafili klienta rozbawić i zabawić. Nie ma jak u mnie, nigdzie pan tak nie kupi! No, tak umieli zachwalać, że to się nie da opowiedzieć. I naprawdę wszystko wyłożyli. I nie wypuścili klienta, dopóki towar się nie sprzedał: Jak nie ma tego, to ja panu zamówię.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
No i przyszło dwóch aktorów kupić sobie jakąś nadzwyczajną, świńską walizkę ze skóry na podróże. Patrzą, ale takiej nigdzie nie ma. Stanęli zmęczeni i jeden z nich mówi: „Nie, nie dostaniemy tego, świeże. Nie, nie, nie, nie dostaniemy, wątpię, wątpię. Żyd wychodzi: „Przepraszam bardzo, u mnie jest »świeże wątpię«”.
Olgierd Budrewicz,
rozmawia
Małgorzata Pużyńska
Bazar Różyckiego i jego okolice, Ząbkowska, Brzeska, to była całkiem inna dzielnica niż dzisiaj. Przekupki z tym specyficznym zaśpiewem zachęcały, żeby kupić flaki i … pyzy. Po ulicach i podwórkach krążyli handlarze, trupy cyrkowe.
Zygmunt Broniarek,
rozmawia
Dorota Kalinowska
Sprzedawano horoskopy. To wyglądało w ten sposób, że sprzedawca miał butlę, z jakimś specyficznym gazem i czyste kartki papieru. Jak się chciało ten horoskop kupić, to on wkładał tę kartkę papieru do butelki, do takiego wazonu właściwie, i nasycał go gazem. A następnie wyciągał już gotowy horoskop. Miałem wtedy 14 lat. Służyłem wówczas do Mszy, w starym kościółku pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej przy ulicy Ratuszowej. Myśmy z procesją chodzili do bazyliki na Kawęczyńską, zawsze obok bazaru Różyckiego. Matka była praczką, pracowała w szpitalu Przemienienia Pańskiego, a ojciec drukarzem obiciowym. To znaczy – drukował tapety u Franaszka na Woli.
Jadwiga Konarska,
ur. 1920,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Targowa po stronie bazaru, to były przeważnie domki parterowe drewniane. Na bazar prowadziło wspaniałe wejście. Na środku stał wielki syfon, w którym znajdował się sklep z owocami. Wszystkie owoce, jakie pani chciała. Takich jabłek, jak tam nie widziałam potem już nigdy w życiu. To były jabłka sprowadzane w beczkach, niewielkie, takie jak większe jajka, z jednej strony czerwone, z drugiej jasne.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
W tym syfonie kiosku sprzedawała babka, która miała śliczną córkę. I chodzili tam wszyscy kupować wodę sodową, żeby popatrzeć na tą córkę.
Hanna Sujecka,
ur. 1918 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Tuż obok była kiedyś brama, taka ogromna od Brzeskiej, i jak się wchodziło tamtędy, to w szeregach stali zawsze Żydzi, mieli masło i jajka w bardzo dobrym gatunku. Najpierw z mamą tam zachodziłyśmy.
Anna Gulmantowicz, ur. 1925 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Ze służącą chodziłam zawsze ciekawa, jak ona sprawunki załatwia. Tutaj przy bramie zaraz były stoiska ze śledziami, trochę dalej dużo warzyw, potem kramy z gotową odzieżą. Ale przede wszystkim to był bazar z artykułami żywnościowymi: owoce, jarzyny mięso. Przy bramie były żydowskie śledzie w olbrzymich beczkach, beczki stały obręczami otoczone... Żydzi sprzedawali uliki... Nazwa śledzi specjalnie tuczonych, tłustych śledzi.
Jadwiga Konarska,
ur. 1920,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Cała alejka z rybami. Cała alejka jatki z mięsem. Wszystkie gatunki mięsa. Co pani chciała. Z drugiej strony owoce i jarzyny. Wszystkie kasze, wszystkie owoce przez cały rok. To był przewspaniały targ i naprawdę te owoce były tanie, były świeże. Tam się można było we wszystko zaopatrzyć, czego dusza zapragnęła.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Zioła rozkładano na płachtach, na betonie, zielarki przyjeżdżały, wszystko można było kupić, nie potrzeba było chodzić do apteki. Na wszystkie choroby leki. Dalej były już budki z ubraniami – ślubne suknie, do Komunii, wszystko. Jak pani weszła, nie musiała pani nigdzie chodzić, duży kosz trzeba było wziąć, a nawet dwa, i wszystko się kupowało, wracało się do domu z pełnymi zakupami. Sklepików było mnóstwo jeszcze po drodze, sklepy malutkie i w suterenie, się wchodziło po schodkach. I wszystko, prawie wszystko było żydowskie. Nie było lodówek więc towar musiał być świeży. Wszystko wiadomo, że smaczniutkie. I rzeczywiście, to wszystko przed wojną było ekstra smaczne, bo było wszystko bardzo świeże, żadne mrożonki, żadne dorabianki, bo nie było możliwości fałszowania towaru, od razu się psuł i do widzenia. I nie sprzedał nikt. Pomarańcze były przepyszne, katańskie, których teraz już nie ma, teraz pomarańcze nie mają smaku, pomidory nie mają smaku, to wszystko jest inne i bez smaku.
Hanna Sujecka,
ur. 1918 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
No i oczywiście targowanie się. To tu nie było zakupu żadnego bez targowania. Kiedyś mama przeholowała, bo handlarz dał cenę masła – dziesięć złotych, a mama mówi: ja mogę dać pięć. To on już tylko oczy duże zrobił: – Pani, a skąd Pani przyszła?! Moja mama mówi: – Z Honolulu. – To idź pani lulu. No to odwróciłyśmy się – ale gdzie tam! Pobiegł zaraz za nami. – Pani, no co, nie dobijemy targu? No co, nie kupi pani u mnie? I zaraz był powrót z opuszczeniem ceny. I w końcu gdzieś w środku stanęło. Tam brali na nóż, próbowali – a mama moja powąchała tylko masło i wiedziała czy dobre. Ja podziwiam ją, bo ja musiałabym rzeczywiście spróbować – a nie powąchać. – Dobre, to proszę.
Anna Gulmantowicz, ur. 1925 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Obowiązkowo targowanie do dobrego tonu należało. Ząb za ząb, że tak powiem, jak nie, to szło się do innego, to ta przekupka wtedy latała, ciągnęła panią za kapotę tak jak na targu w Konstantynopolu, w Stambule, że jak klient interesuje się czymś, bo mu cena nie odpowiada, to sprzedający oczywiście zawraca i obniża cenę. Moja ciotka, Wołczyńska, miała dużą budę na bazarze. Budę z odzieżą damską, męską, dziecięcą. Na początku odzież, potem materiały. Ciotka była siostrą rodzoną mamy. Można powiedzieć, że utrzymywała całą moją rodzinę. Bardzo dobrze jej się powodziło. Mieszkała na Kępnej. Miała dwie służące. Jeszcze przed okupacją zatrudniała też krawcowe i hafciarki, które haftowały monogramy na bieliźnie. Bielizna pościelowa, męska, damska. Wtedy jeszcze niewiele było budek z gotową odzieżą. Od tej ciotki miałam sukienkę na komunię.
Barbara Jarosławska,
rozmawia
Katarzyna Michałowski
Mama kupiła nam z okazji I Komunii książeczki do nabożeństwa. Miała na bazarze kogoś, kto nam te zniszczone książeczki naprawiał. Chodzili też tacy, którzy mieli przywiązaną na szyi skrzyneczkę i sprzedawali cuda do odplamiania, papierki do zalepiania słoików zamiast nakrętek.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
To był bazar, gdzie można było wejść nago, a wyjść ubrany jak dżentelmen.
Zofia Bogucka,
ur. 1915 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Tam mogłaś iść głodna, wyszłaś najedzona, poszłaś boso, wyszłaś ubrana, tam wszystko się kupiło, od a do z, od koszuli, jak się mówiło, od majtek do, do... futra.
Teresa Błaszczyk,
Wspomnienia warszawskiej Pragi z lat trzydziestych dwudziestego wieku – widzianej oczami dziecka między 7 a 12 rokiem życia.
TPP (Towarzystwo Przyjaciół Pragi)
Miałam koleżankę, której ojciec był na bazarze stróżem. W dni świąteczne pozwalał nam dzieciom bawić się tu. Zsuwaliśmy budki, tworząc z nich coś w rodzaju sceny i na niej urządzaliśmy własnego pomysłu przedstawienia. Zakamarki bazaru były doskonałym terenem do podchodów i gry w chowanego, a alejki między straganami służyły do urządzania wyścigów i gonitw.
Barbara Jarosławska,
rozmawia
Katarzyna Michałowska
Jako dzieci staliśmy na bazarze i obserwowaliśmy szczury, które wychodziły spod budek z mięsem na wybrukowaną kostkę pić wodę z rynsztoków.
Teresa Szejwan,
ur. 1936 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Weszłam na bazar, a tu gra muzyka. Zaraz, jak to było – „Raz pocałuje, raz w mordę bije, i jakoś, chwalić Boga, się żyje”. Albo: „Przy fontannie, usiadł chłopak przy swojej pannie. I stracił miarę – on ją całował, a ona ukradła mu zegarek”. Ja wszystkie kapele lubiłam – czerniakowskie, praskie, no jeszcze i lwowską i wileńską. W tej praskiej można było tą dawniejszą Pragie, jak oni śpiewali, posłuchać i widzieć. Można było poczuć jak to było.
Pan Stanisław
(ustalić nazwisko),
rozmawia
Gabriela Sobiech
Jako warszawski rodak (mam papiery!) z dziada-pradziada i babki-prababki, od dzieciństwa nie lubiłem być karmiony piersią (z czasem mi to przeszło) i zawsze na pierwszym miejscu stawiałem butelkę, co do dziś mi zostało, tyle, że smoczek zamieniłem na śledzika w śmietanie! Wychowałem się na Czerniakowie, wśród muzycznej rynsztokracji spod znaku klucza francuskiego i wytrycha basowego, wtedy to właśnie zakochałem się w piosence warszawskiej. Dopiero kiedy piosenka schodzi na ulicę, kiedy nuci ją każda kucharka, każdy graciarz, dorożkarz, zdobywa ona naprawdę popularność. Jej lekkość i melodyjność podbijała tłumy, wszyscy śpiewali, nucili, po prostu je znali. Ludzie rozczulali się nad tułaczym losem zwykłych ulicznych opryszków, współczuli Czarnej Mańce i Staszkowi Apaszowi… Jak naiwnie teraz brzmią stare refreny, te gawoty, walczyki i poleczki. Kiedyś piosenka brała się z życia, jak na przykład w „Saskim Ogrodzie”. Och! Co to kiedyś był Ogród Saski! Nazywany był salonem letnim Warszawy. Przychodzono tu na ranne wody lub popołudniową kawę, każda aleja miała własną publiczność, a zakochane pary traktowały spacer aleją westchnień niemalże jak obowiązek. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wymyślili swojej wersji tej piosenki. Co wy, młodzi myślicie, że tylko wy wymyślacie przeróbki piosenek, my robiliśmy to samo…
W saskim Ogrodzie koło fontanny
Jakiś się frajer przysiadł do panny
I tak z nią grucha i tak z nią grucha
Myślą, że w końcu pannę wyszuka
Lecz panna twarda się nie dała
I alfonsiaka po mordzie zlała
Alfonsiak nakrył się wnet nogami
No i obdzwonił ziemię ja..mi
Ach! Chodziło się do Ogrodu z sikorkami… a potem ferajnie chwaliło, co się tam wyczyniało…! Każdy chciał być picuś nielada. Pamiętam jak chłopaki na dziewczyny chodzili. Ja to jeszcze łapserdak byłem i tylko im zazdrościłem i kipe (nos) na kwintę zwieszałem, że oni już mogą a ja nie Najbardziej jednak znane piosenki grały orkiestry uliczne, czyli tam, gdzie mieszkał prosty lud. W Warszawie było to zwłaszcza: Powiśle, Czerniaków, Praga i okolice Chmielnej były to miejsca pełne kontrastów i swoistego folkloru. Miały te ulice jakiś trudny do uchwycenia i zidentyfikowania urok. Niejeden próbował się tam wkupić do ferajny, ale mógł się tam przyjąć tylko swojak. Z braku stałego zajęcia młodzi spędzali czas na ulicy. Wszyscy się znali, w zwyczaju było odstanie pod bramą lub na rogu ulicy kilku godzin. Tam właśnie tworzono piosenki na poczekaniu, potem przekazywano je z ust do ust… W licznych knajpach „Sielance”, „Pod Gąską” i wielu, wielu innych załatwiano sprawy towarzyskie i handlowe. Burdy i rozróby były tam na porządku dziennym. Jest rzeczą niemożliwą, by mówić o folklorze przedwojennej Warszawy nie wspomnieć o piosence, której powstanie i egzystencja wiązała się z tęsknotą za „wolnością kochaną”. Język więzienny, mowa, a właściwie żargon dodawał piosenkom poczucia siły, osnuwał przestępcę urokiem tajemnicy romantyzmu. Taki właśnie język nazywali przestępcy blatną muzyką. Kryminaliści często „wilczą część” swojego życia spędzali za kratkami. Tam właśnie powstawały wiersze i pieśni będące często bohaterskimi rapsodiami opiewającymi życie i czyny „wybitnych bandziorów”. Natomiast złodzieje i kryminaliści i cały szeroko pojmowany margines społeczny się i tłumaczył wszem i wobec:
Podobno się pali czapka na złodzieja głowie.
Lecz gdyby to prawdą na nieszczęście było,
Toby z pół Warszawy czapek się paliło.
Wielokrotnie się zastanawiałem dlaczego tak się dzieje, że przestępcy i złodzieje, ludzie powszechnie potępiani doczekali się swoich ballad? Co nieuchwytnego i pociągającego kryło się w postawach tych ludzi, które z cech ich charakterów powodowały, że powstawała legenda, a ludek Warszawy czynił z ich idoli i bohaterów. Sergiusz Piasecki autor trylogii złodziejskiej („Jabłuszko”, „Spojrzę ja w okno”, „Nikt nie da nam zbawienia”) tymi słowa wyrażał się o marginesie społecznym: „Są to ludzie pełni buntu, siły i energii. Są szczodrzy, dobrzy i serdeczni. Zawsze gotowi pomóc słabszym, biednym i chorym. Nie złamią słowa, nie zawiodą zaufania, nie okradną tymi, z którymi żyją... W więzieniach i szeregach przestępców jest procentowo więcej istotnie uczciwych ludzi niż w normalnym społeczeństwie… Dureń niedołęga i tchórz może być ministrem, wodzem, artystą i politykiem, nauczycielem, kaznodzieją, lecz nie zawodowym złodziejem. Zawodowy złodziej musi mieć spryt, inteligencję i odwagę”. Czy można zgodzić się z taką opinią? W każdym razie warto ją poznać… Niepisany kodeks moralny złodziei zabraniał im podnoszenia ręki na kobietę. Oni bili się tylko pomiędzy sobą. Prawdziwy szanujący się złodziej dbał o swoją brzanę. Nie puszczał jej w miasto, harował na jej zachcianki, zaopatrywał w błyskotki. Pogardzano alfonsami. Dopóki biniawka była wierna, wszystko było dobrze, lecz kiedy poszła w cug, czekała na nią „kosa”.
… Lecz gdy dowiedział się, że Hanka go zdradziła,
w dłoni błysnął długi, ostry nóż…
Były również sikoreczki, które tak samo jak chłopcy z ferajny parały się złodziejskim rzemiosłem. Wówczas traktowano je tak samo, jak mężczyzn.
… W bandzie żyła Murka, dziewczę czarnookie,
Nie wiadomo skąd ją przygnał los
Lecz banda czuwała nad jej każdym krokiem,
W bandzie żyła od najmłodszych lat.
Żegnaj podłe dziewczę!
Zdradę zapłaciłaś życiem swym
Banda nie przebacza, kula jest zapłatą,
Zdradę można zatrzeć tylko krwią!
Jeszcze inne dziewczęta parały się tak zwanym „lekkim fachem” (ogłoszenie z prywatnych zbiorów bohatera):
Potrzebne panny do włóczkowej roboty
Zajęcie tylko wieczorem
Od Marszałkowskiej do Nowego Światu
Często zastanawiam się skąd się ten proceder bierze. Dochodzę do wniosku, że z biedy. To bieda daje światu grandę. Ci, którzy wyszli z biedy, rzadko się z nią rozstają. Ona ich ściga i pożera, a terror pieniądza czyni człowieka złodziejem. Ale były też wesołe strony tej biedy. Dzięki niej powstały bazary. Ależ tam wesoło było. Wszyscy tu zachodzili i to nie tylko w celach handlowych – …Białe lisy (psów szpiclów – Stefan Hycel) – ale także towarzyskich i rozrywkowych. Wszystkie kapele uliczne, o których wspominałem wcześniej tu przychodziły pograć i pośpiewać. A jakie tam pyzy wyborne dawali… już nie ma takich smakołyków! Dzieciarni zawsze się tam zbiegało i krzyczały ze sprzedawcami:
Oranżada na araku, spirytusie i koniaku
Lody, lody – jedno jajko, kubeł wody
Ale to wszystko już przeminęło i już nigdy nie powróci… Moje dziecko, popatrz tylko dookoła (na bazarze) czy wygląda to na wesołe, rozśpiewane i tętniące życiem miejsce?
