Ramiel (orygiał)
devil_666 (wersja)
1
Próżnia
Rzygałem w plastykową torebkę jak gówniarz po pierwszym, porządnym chlaniu. Żołądek próbował mi wyjść przez gardło i choć to nie możliwe, bolały mnie stawy nóg.
Chujowo rzyga się w próżni.
Zresztą, wszędzie rzyga się chujowo. Do rzygania w kiblu, po alkoholu i prochach, byłem jednak przyzwyczajony. Wypluwanie z siebie flaków w 0g było nowym doświadczeniem.
- Starczy? Może włączę ciążenie?
- Nie... rrrwa twoja ma.... nie!
- Jak sobie chcesz. Daj znać jak będziesz miał dość masochizmów.
Znów zwinęła mnie konwulsja, ale nie miałem już co z siebie wyrzucić. Byłem pusty jak butelka nad ranem. Czułem się jeszcze gorzej. Wymiotowanie daje jednak pozorną ulgę, a przynajmniej zajmuje umysł. Zamknąłem torebkę suwakiem i wrzuciłem do spalarki. Policzyłem powoli do tysiąca.
- Już lepiej.
- To co? Włączamy?
- Nie! Wolę się przyzwyczaić.
- Jak sobie chcesz.
Wolę się przyzwyczaić, bo nie chcę nawet myśleć o tym, co by było, gdybym narzygał sobie w hełm. Oczywiście są tam jakieś filtry, jakieś odsysacze i inne duperele, mamy w końcu czterdzieste pierwsze tysiąclecie i nie umiera się od pojedynczej kulki rozszczelniającej kombinezon, ale wolałbym uniknąć kilku godzin z zarzyganą twarzą.
Znów policzyłem do tysiąca.
- Max, zbliżamy się.
- Ile...
- Pół godziny.
- Dobrze.
- Wiesz, ten... to może trochę zająć, dobrze by było jakbyś się przygotował...
- A co ja, kurwa, robię?
- Miałem na myśli te... no będzie ci łatwiej jak wcześniej załatwisz potrzeby fizjologiczne.
Punkt dla niego. Jak te skurwiele srają w kombinezonach? Brrrr....
- Włącz ciążenie, nie będę sobie gówna wyjmował spomiędzy pośladków.
- Się robi szefie.
Jak ja im zazdrościłem, tym wszystkim bladobłękitnym, drobnym, rozciągniętym ludzikom, jak Herman, pilot, z którym właśnie rozmawiałem. Zero problemów w nieważkości, w pizdu miejsca, zero syfu, zero brudu... no dobra, niezupełnie zero, ale w porównaniu z Gunmetal, to było nic. Zero epidemii, lekarz na każde zawołanie, i zero problemów w 0g. Dałbym sobie znów nogi uciąć, byle tylko wnętrzności wróciły mi na swoje miejsce. Człowiek nie jest jednak stworzony do podróży kosmicznych. Promieniowanie, temperatura, brak tlenu, wszystko to mordercze, ale nawet zwykła, pierdolona nieważkość przesuwa organy i wywołuje największą w życiu chorobę morską. Ech...
I zasysający kibel próżniowy, nawet wody nie można spuścić normalnie.
- Piętnaście minut do podejścia.
- Dobra. Zaraz będę. Obudzisz truciciela?
- Już się pakuje. Przyjść ci pomóc?
- Nie musisz tam czymś sterować przypadkiem?
- Max, ten statek jest martwy i popruty mikrometeorami, jak księżyc Świętej Ziemi. Nigdzie nam nie ucieknie. Wystarczy że zrównam się z nim prędkością i mogę zostawić kokpit w spokoju póki nie rozbijemy się o gwiazdę. Co przy obecnym wektorze nastąpi najwcześniej za kilka miesięcy.
- Dobra, dobra, rozumiem. Możesz mi pomóc.
Ale jestem wspaniałomyślny. Ech...
Pomoc się jednak przydała. Teoretycznie wiem jak to zrobić, bo teoretycznie wiem prawie wszystko, taki efekt uboczny zabawy z Genetorami, ale teoretyczna wiedza, a doświadczenie, to dwie zupełnie różne rzeczy.
- Gotowe, powodzenia.
Herman klepnął mnie z rozmachem w plecy i poszybowałem w kierunku śluzy. Truciciel już czekał. Miał gustowny kombinezon w kolorze świeżo zakrzepłej krwi, z białymi krzyżami na piersi i plecach. Nie wiem kto im wymyślił taki durny znak rozpoznawczy, dla mnie wyglądał jak ruchomy cel na strzelnicy.
- Jak się masz doktorku? Wyspany?
Pomachał mi ręką i pokazał na przłącznik interkomu. Cholera.
- Teraz lepiej? Pytałem czy się wyspałeś?
- Naturalnie. Słyszałem że miałeś problemy żołądkowe, chcesz prochy?
Równie dobrze mógłby mi zrobić lewatywę.
- Dzięki, ale nie masz uprawnień, a ja nie chcę ryzykować że twój proch zareaguje trochę inaczej z tym, co mam w żyłach.
Odwrócił się nie odpowiedziawszy. Jak wszyscy lekarze uważał się za nieomylnego i jakakolwiek krytyka doprowadzała go do szewskiej pasji. Ale miałem rację, nie miał pojęcia co wpuścili mi w kanały Genetorzy i nie miał pojęcia jaki będzie efekt.
Zamykając śluzę chwyciłem za laserowy karabin i odruchowo się skrzywiłem. Latarka, jak ją w Gunmetal określano, była bardzo przez nas nielubianym rodzajem broni. Ale nie miałem ochoty kompensować ewentualnych odrzutów silniczkami skafandra. Aż taki dobry nie jestem.
Szczerze mówiąc, lasery nie zasłużyły na złą opinię. Uprzedzenie mieszkańców Gunmetal wynikało z powodów ekonomicznych. Gunmetal robił słynną na cały sektor broń palną. Tajemnicą poliszynela było, że dziesięć razy tyle zarabiano na częściach zamiennych i amunicji. Amunicja się zużywa, mimo najlepszych materiałów lufa i komora także. I to praktycznie niezależnie od konstrukcji. Przy laserze natomiast, pomijając jego minimalnie mniejszą moc, wszystko co musisz robić to ładować baterie i czyścić raz do roku soczewki. Brak ruchomych elementów sprawiał, że była to broń praktycznie nie do zdarcia. Czyli nie dało się zarobić na utrzymaniu. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nienawidziło go całe Gunmetal, kochali się w laserach generałowie i wojskowi logistycy. Częściej musieli wymieniać ludzi, niż broń. A ludzie, są tańsi. W końcu łatwiej zrobić człowieka, niż laser.
