Max Sorrow ~ Ramiel

Kolejność rozdziałów zostanie zmieniona. Kontynuować?

Rozdział zostanie usunięty z opowiadania. Kontynuować?

Nie można usunąć ostatniego rozdziału w opowiadaniu!

Autor:
Wersja:
Autor ostatniej rewizji:
zmodyfikowany 11-07-09 23:11

Ramiel (orygiał)

devil_666 (wersja)

Wersja 2 z 3

1

Próżnia 

Rzygałem w plastykową torebkę jak gówniarz po pierwszym, porządnym chlaniu. Żołądek próbował mi wyjść przez gardło i choć to nie możliwe, bolały mnie stawy nóg.

Chujowo rzyga się w próżni.

Zresztą, wszędzie rzyga się chujowo. Do rzygania w kiblu, po alkoholu i prochach, byłem jednak przyzwyczajony. Wypluwanie z siebie flaków w 0g było nowym doświadczeniem.

- Starczy? Może włączę ciążenie?
- Nie... rrrwa twoja ma.... nie!
- Jak sobie chcesz. Daj znać jak będziesz miał dość masochizmów.

Znów zwinęła mnie konwulsja, ale nie miałem już co z siebie wyrzucić. Byłem pusty jak butelka nad ranem. Czułem się jeszcze gorzej. Wymiotowanie daje jednak pozorną ulgę, a przynajmniej zajmuje umysł. Zamknąłem torebkę suwakiem i wrzuciłem do spalarki. Policzyłem powoli do tysiąca.

- Już lepiej.
- To co? Włączamy?
- Nie! Wolę się przyzwyczaić.
- Jak sobie chcesz.

Wolę się przyzwyczaić, bo nie chcę nawet myśleć o tym, co by było, gdybym narzygał sobie w hełm. Oczywiście są tam jakieś filtry, jakieś odsysacze i inne duperele, mamy w końcu czterdzieste pierwsze tysiąclecie i nie umiera się od pojedynczej kulki rozszczelniającej kombinezon, ale wolałbym uniknąć kilku godzin z zarzyganą twarzą.

Znów policzyłem do tysiąca.

- Max, zbliżamy się.
- Ile...
- Pół godziny.
- Dobrze.
- Wiesz, ten... to może trochę zająć, dobrze by było jakbyś się przygotował...
- A co ja, kurwa, robię?
- Miałem na myśli te... no będzie ci łatwiej jak wcześniej załatwisz potrzeby fizjologiczne.

Punkt dla niego. Jak te skurwiele srają w kombinezonach? Brrrr....

- Włącz ciążenie, nie będę sobie gówna wyjmował spomiędzy pośladków.
- Się robi szefie.

Jak ja im zazdrościłem, tym wszystkim bladobłękitnym, drobnym, rozciągniętym ludzikom, jak Herman, pilot, z którym właśnie rozmawiałem. Zero problemów w nieważkości, w pizdu miejsca, zero syfu, zero brudu... no dobra, niezupełnie zero, ale w porównaniu z Gunmetal, to było nic. Zero epidemii, lekarz na każde zawołanie, i zero problemów w 0g. Dałbym sobie znów nogi uciąć, byle tylko wnętrzności wróciły mi na swoje miejsce. Człowiek nie jest jednak stworzony do podróży kosmicznych. Promieniowanie, temperatura, brak tlenu, wszystko to mordercze, ale nawet zwykła, pierdolona nieważkość przesuwa organy i wywołuje największą w życiu chorobę morską. Ech...

I zasysający kibel próżniowy, nawet wody nie można spuścić normalnie.

- Piętnaście minut do podejścia.
- Dobra. Zaraz będę. Obudzisz truciciela?
- Już się pakuje. Przyjść ci pomóc?
- Nie musisz tam czymś sterować przypadkiem?
- Max, ten statek jest martwy i popruty mikrometeorami, jak księżyc Świętej Ziemi. Nigdzie nam nie ucieknie. Wystarczy że zrównam się z nim prędkością i mogę zostawić kokpit w spokoju póki nie rozbijemy się o gwiazdę. Co przy obecnym wektorze nastąpi najwcześniej za kilka miesięcy.
- Dobra, dobra, rozumiem. Możesz mi pomóc.

Ale jestem wspaniałomyślny. Ech...

Pomoc się jednak przydała. Teoretycznie wiem jak to zrobić, bo teoretycznie wiem prawie wszystko, taki efekt uboczny zabawy z Genetorami, ale teoretyczna wiedza, a doświadczenie, to dwie zupełnie różne rzeczy.

- Gotowe, powodzenia.

Herman klepnął mnie z rozmachem w plecy i poszybowałem w kierunku śluzy. Truciciel już czekał. Miał gustowny kombinezon w kolorze świeżo zakrzepłej krwi, z białymi krzyżami na piersi i plecach. Nie wiem kto im wymyślił taki durny znak rozpoznawczy, dla mnie wyglądał jak ruchomy cel na strzelnicy.

- Jak się masz doktorku? Wyspany?

Pomachał mi ręką i pokazał na przłącznik interkomu. Cholera.

- Teraz lepiej? Pytałem czy się wyspałeś?
- Naturalnie. Słyszałem że miałeś problemy żołądkowe, chcesz prochy?

Równie dobrze mógłby mi zrobić lewatywę.

- Dzięki, ale nie masz uprawnień, a ja nie chcę ryzykować że twój proch zareaguje trochę inaczej z tym, co mam w żyłach.

Odwrócił się nie odpowiedziawszy. Jak wszyscy lekarze uważał się za nieomylnego i jakakolwiek krytyka doprowadzała go do szewskiej pasji. Ale miałem rację, nie miał pojęcia co wpuścili mi w kanały Genetorzy i nie miał pojęcia jaki będzie efekt.

Zamykając śluzę chwyciłem za laserowy karabin i odruchowo się skrzywiłem. Latarka, jak ją w Gunmetal określano, była bardzo przez nas nielubianym rodzajem broni. Ale nie miałem ochoty kompensować ewentualnych odrzutów silniczkami skafandra. Aż taki dobry nie jestem.

Szczerze mówiąc, lasery nie zasłużyły na złą opinię. Uprzedzenie mieszkańców Gunmetal wynikało z powodów ekonomicznych. Gunmetal robił słynną na cały sektor broń palną. Tajemnicą poliszynela było, że dziesięć razy tyle zarabiano na częściach zamiennych i amunicji. Amunicja się zużywa, mimo najlepszych materiałów lufa i komora także. I to praktycznie niezależnie od konstrukcji. Przy laserze natomiast, pomijając jego minimalnie mniejszą moc, wszystko co musisz robić to ładować baterie i czyścić raz do roku soczewki. Brak ruchomych elementów sprawiał, że była to broń praktycznie nie do zdarcia. Czyli nie dało się zarobić na utrzymaniu. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nienawidziło go całe Gunmetal, kochali się w laserach generałowie i wojskowi logistycy. Częściej musieli wymieniać ludzi, niż broń. A ludzie, są tańsi. W końcu łatwiej zrobić człowieka, niż laser.

1063 2

Propozycje kolejnego rozdziału

Autor propozycji rozdziału

Ramiel

Ocena propozycji rozdziału
Ocena 0 z 0 głosów
Wersja 1 z 1
  • 1 ~ Ramiel ~ 11-07-09 22:06

Tytuł nowego rozdziału

Pilot zwiadu, który go znalazł, szybko się zorientował, że ma do czynienia z wrakiem. Mógł podejść blisko i samemu przeszukać zimny korpus statku. Nie jeden zawdzięczał sensowną emeryturę resztkom, których piraci nie mieli chęci bądź czasu zabierać. Nawet na sprzedaży ceramitowego i plastalowego złomu można się było nieźle dorobić. Wystarczy mieć kilka ton, a nawet tak mały statek jak ten, to dobre kilkadziesiąt.

Ale pilot, który go znalazł, nie był głupi. Wielki cylinder pośrodku, długa, wycięgnięta konstrukcja z licznymi antenami, żadnych okien, bulai, wzmocnień, niestandardowe włazy, i brak oznakowań – tak się nie budowało statków kosmicznych co najmniej od czasów Ciemnych Wieków Technologii.

Więc pilot stanął przed wyborem: mógł zaryzykować swoje życie, karierę, rodzinę by wygrać  kilkanaście tysięcy tronów, lub zawiadomić przełożonch i zadowolić się pochwałą.

Głupio wybrał, jeśli chcecie znać moje zdanie. Na jego miejscu ostrzełałbym obcy wrak, tak by   została z niego stopiona kupka metali ciężkich i sprzedał ją w pizdu na złomowisku. No ale ja byłem Arbitratorem, dość nieszablonowym zresztą, i wiem że za przedwczesne otwieranie ognia do obcych jeszcze nikogo nie powieszono. Pilot takiej wiedzy nie posiadał.

Ciekawe czy wiedział, skąd się wziął ten cylinder pośrodku?

Ja wiedziałem.

A raczej wiedziała moja lewa półkula, połączona siecią elektrycznych dendrytów i aksonów do ciała modzelowatego. Jotabity zapisanych w niej przez informacji, leżały i czekały na wydobycie. Ale w przeciwieństwie do moich prawdziwych przeżyć, nie były dostępne na zawołanie. Cała ta wiedza, której nigdy nie doświadczyłem, pojawiała się niczym głos z offu w słabym filmie, w momentach, gdy meandry miernej fabuły rzeczywistości, stawały się zbyt nieczytelne dla widza.

Tak to przynajmniej odbierałem. Zbliżając się do pooranego mikrometeorami kadłuba, znałem dokładnie wzór na wyliczenie prędkości wirówki w cylindrycznym ciele wraku, by siła odśrodkowa na jego obrzeżach dawała 0,9g. I wiedziałem, że metoda wytwarzania antygrawów, choć nigdy do końca nie zrozumiana, jest stara jak świat, więc statek musiał powstać jeszcze przed erą prawdziwego podboju kosmosu lub zostać zbudowany na planecie, na której zapomniano techniczne dokonania ludzkości. Co samo z siebie usprawiedliwiało obecność Inkwizycji.

A przecież jeszcze dwa dni temu, przysiągłbym, że nie mam pojęcia o austronautyce. I choćby zależało od tego moje życie, nie mógłbym wyciągnąć takich informacji z mojej lewej półkuli.

Tak właśnie działały zabawki Genetorów.

Byłem jednym z translatorów, augumenticitorów, czy blaszaków, jak nas zwali mieszkańcy Masunog 7. Jednak wbrew popularnej opinii, nie wycięto mi mózgu by zrobić miejsce na programy bojowe i hymny ku chwale Najwyższego. Nie po to Genetorzy wchodzili w układ z kultem Micro-Omnisjasza z Galath, nie po to ich nanoboty wytwarzały nowe połączenia nerwowe w moim hipokampie. Dodatkowy miecz, niezależnie jak skuteczny, nie usprawiedliwia takiego nakładu pracy.

Nie, nie o to chodziło techkapłanom. Byłem translatorem. Moje zadanie polegało na na tłumaczeniu wiedzy, wyjaśnianiu słów i sytuacji. Byłem pośrednikiem między zmechanizowanymi, genialnymi cybermózgami dzieci Marsa, a niedoskonałym, białkowym plebsem, który zlecał im prace i który im płacił. Który płacił za efekty, choć nie był w stanie zrozumieć odpowiedzi dostarczanych przez swoich usługodawców.

Ja wypełniałem tą lukę. Konwertowałem na ludzki język petabity odpowiedzi i wielowymiarowe wyniki doświadczeń. Potrafiłem ich przeprowadzić, nie potrafiłem ich zrozumieć, nie potrzebowałem. Wystarczyło, by moja mechaniczna pułkula dostarczały kontekstowej informacji pułkuli białkowej, która kompletnie poza świadomością, rzutowała przetrawione w milczeniu dane na obrazy. Obrazy, które można już było po ludzku opisać.

Ale i to tylko pozory. Tak naprawdę od zawsze byłem karzącą ręką Imperatora.

Doktorek niesprawnie odkręcał zewnętrzny luk.

1064 1

Sugestia dalszego rozwoju opowiadania

<< < 1 > >>

Aby dodać dyskusję, musisz się wcześniej zalogować.

Aby dodać komentarz, musisz się wcześniej zalogować.