Dusk ~ Ramiel

Kolejność rozdziałów zostanie zmieniona. Kontynuować?

Rozdział zostanie usunięty z opowiadania. Kontynuować?

Nie można usunąć ostatniego rozdziału w opowiadaniu!

Autor:
Wersja:
Autor ostatniej rewizji:
zmodyfikowany 09-04-21 09:11

Ramiel (orygiał)

Ramiel (wersja)

Wersja 1 z 1
  • 1 ~ Ramiel ~ 09-04-21 09:11

1

Grzechy ojców 

Ludzie urodzeni wśród gwiazd powinni umierać wśród gwiazd. Dla nas podróż jest domem. Gdy zostajemy zbyt długo w jednym miejscu więdniemy. Na trumnach odprawianych w kosmos zawsze wykuty jest ten sam napis, który można znaleźć nad głównym wejściem do księżycowego schola w którym uczą się przyszli nawigatorzy: „Navigare necesse est, vivere non est necesse”. Żeglowanie jest koniecznością. Życie koniecznością nie jest.

Gdybym był jednak zmuszony z jakiegoś powodu pozostać na planecie, wiem dokładnie którą bym wybrał. Najpiękniejszą ze wszystkich jakie widziałem. Dusk.

Inna sprawa, że długo bym tam nie pożył. Średnia dożywanego przez autochtonów wieku na Dusk wynosi 24 lata. Imigracja jest nielegalna, a osoby które odbywają tam służbę, mają gwarantowaną w papierach zmianę miejsca po maksymalnie 3 latach. Mimo to śmiertelność pracowników naukowych i ochrony w jednostkach Imperialnych sięga 42%.

Nie da się ukryć, że Dusk nie jest najbezpieczniejszym miejscem.

Ale na pewno jest najpiękniejszym.

Patrzę na zbiorową mogiłę rodziców dwunastu dzieci, które wysłałem na śmierć. Jeśli będą miały szczęście, jedno, może dwoje z nich przeżyje. Dwanaście małych, niewinnych szkrabów, do których, ku mojemu zdziwieniu, zacząłem żywić przywiązanie. Dwanaście małych, ufnych dzieci, o umysłach otwartych, jasnych, nieskażonych, które nauczyły mnie więcej o życiu niż wszystkie lata nauki. Które pokazały mi nieskrępowaną radość istnienia.

I kości ich rodziców, bielejące pode mną.

Dusk jest najpiękniejszą planetą. Nigdy jej nie zapomnę.

6 1
zmodyfikowany 11-01-07 18:42

Ramiel (orygiał)

Ramiel (wersja)

Wersja 2 z 2

2

Powrót 

Po powrocie z Masunog 7, Mistrz Samael nie był specjalnie uradowany moim stanem. Możliwości rekonwalescencji na statku Isidora z oczywistych względów były ograniczone. Mistrz umówił zespół chirurgów, którzy mieli za zadanie przywrócić moje poszarpane ciało do pełnej sprawności.

Jak bardzo przydałaby mi się niespotykana zdolność regeneracji Kaia.

Dopiero trzy dni po wyjściu z narkozy zorientowałem się, że to co brałem za opuchliznę pod bandażami, w istocie opuchlizną nie jest.

- Zdecydowaliśmy się nie zastępować twoich mięśni syntetycznymi. To co pozostało samo wróci do formy. Przez najbliższe pół roku możesz zapomnieć o skakaniu, bieganiu i akcjach z karabinem. Skupisz się na pracy naukowej i nadrobisz braki w edukacji. Nie wracasz do służby, dopóki nie zobaczę twojego nazwiska na publikacji badawczej.

Miał prawo tak zrobić. Tytuł Scholar Arcanum zobowiązuje.

- A to? - wskazałem na opuchliznę.

- A to niestety będzie ci potrzebne, tam gdzie będziesz robił badania. Wszczepopancerz łatwiej wymieniać niż sklejać te wszystkie mięśnie i zakończenia nerwowe.

- Chcesz powiedzieć, że jest miejsce bardziej niebezpieczne od Masunog? – uśmiechnąłem się blado.

- Jest. Dusk. Lecisz tam za dwa tygodnie.

7 2
zmodyfikowany 09-04-21 09:11

Ramiel (orygiał)

Ramiel (wersja)

Wersja 1 z 1
  • 1 ~ Ramiel ~ 09-04-21 09:11

3

Półmrok 

Na granicy Halo Stars znajduje się zterraformowany świat, o żyznej glebie, bogatej faunie, florze, czystym powietrzu i wodzie. Warunki atmosferyczne i geologiczne są idealne do wysokowydajnej produkcji żywności. Lądy pokrywa gęsta dżungla przetykana mokradłami. Roślinność wije się jak szalona, zasiedlając nawet suche kamienie. Ziemia jest bogata w minerały.

I od kilku tysięcy lat nie ma już na tyle głupich i odważnych, by próbować się na nim osiedlać.

Na Dusk znajduje się kilka tysięcy małych wiosek prymitywnych potomków tych, którzy popełnili w przeszłości ów błąd. Można się także nadziać na Berbahaya, zdziczałe, zmutowane nasienie pierwszych osadników, prawdopodobnie pochodzące jeszcze od tych, którzy przeprowadzili terraformowanie. Poza tym, czasem próbują się tu ukryć przemytnicy i inne szuje galaktyki. Zwykle zostają już na zawsze.

No i są ośrodki badawcze. Największe, Laboratorium Toxicum, fundowane jest z zasobów wojskowych.

Swoją złą sławę i zainteresowanie naukowe, Dusk zawdzięcza tym samym przyczynom. Fauna tego świata wykształciła prawdziwie mordercze narzędzia. Nawet najmniejsze insekty posiadają tu toksyczny jad, zabójczy dla człowieka. Czym forma zwierzęcia większa, tym więcej kłów, pazurów, kolców, i wszystko jadowite. Tu nawet rośliny są drapieżnikami.

Ale to dopiero połowa atrakcji planety. Na Dusk bowiem, z niewyjaśnionych przyczyn, granica między rzeczywistością a Osnową jest cieńsza niż papier.

8 1
zmodyfikowany 09-04-21 09:11

Ramiel (orygiał)

Ramiel (wersja)

Wersja 1 z 1
  • 1 ~ Ramiel ~ 09-04-21 09:11

4

Laboratorium 

Szefem Laboratorium Toxicum był pochodzący z Maccabeus Quintus, Logister Professor Mateus Handra. Nie przypominał w niczym naukowca. Był twardy, spalony słońcem swego ojczystego świata. Tylko ruchome, rozbudowane rusztowanie na którym znajdowały się jego dodatkowe mózgi zatopione w cybernetycznych słojach i pokryte pajęczyną kabli, zdradzały zawód.

Professor Handra pracował dla wojska pięć razy dłużej niż ja żyłem. Jego wieku można się było tylko domyślać. Na Dusk ze wszystkich naukowców był najdłużej. Już prawie siedem lat. Obowiązki przejął cztery lata temu, gdy jego poprzednik, Professor Lamquet, wybitny zoolog i psyker, chyba najwybitniejszy specjalista od Dusk w historii, zginął w wyniku ataku Nożycowca Olbrzymiego. Od tego czasu nikt już nie miał ochoty wybierać się na oglądanie żywych okazów w naturze i polegano na chwytanych przez tubylców zwierzętach.

Trafiłem do zespołu prowadzącego badania pierwotne na lokalnych neuro i psycho-toksynach. Potężny katalog, obejmujący już odkryte, zajmował cały, wielki jak szafa cogitator, stojący w pracowni. Na Dusk niemal każdy gatunek wytwarzał swój własny rodzaj trucizny.

W porównaniu z resztą kadry, mogłem co najwyżej myć probówki. A przynajmniej tak mi się wydawało. Faktycznie moje pierwsze obowiązki obejmowały pomoc doraźną w badaniach: ekstrakcja gruczołów jadowych przynoszonych przez łowców zwierząt, hodowanie na pożywkach wirusów i bakterii, analiza zmian układu nerwowego po podaniu toksyny, utrzymanie zwierzyńca, w którym mieliśmy zarówno kolonie dostarczanych co pół roku, czystych genetycznie linii szczuromyszy, jak i przedstawicieli lokalnej fauny.

No i sekcje ludzi.

Szczuromyszy, jak inne ziemskie ssaki, mają genom podobny do ludzkiego wzorca na poziomie 98%. Teoretycznie ich komórki mózgowe wystarczą do badań. W przypadku wojska, od którego zależy życie lub śmierć miliardów ludzi, te dwa procenty robią istotną różnicę.

Materiały do eksperymentów, jak je określała kadra, dostarczano nam średnio raz na miesiąc. W ciężkich, skrzyniowych hibernatorach, znajdowały się częściowo wypatroszone przez Adeptus Mechanicus, podtrzymywane skomplikowaną siecią odżywiającą, ludzkie mózgi. Te odpadki procesu tworzenia serwitorów wystarczały do badań na poziomie komórkowym.

W przeciwieństwie do pozostałych „materiałów”, nie zastanawiałem się skąd tech-kapłani je mają.

Bardziej skomplikowane eksperymenty, na przykład na układzie immunologicznym, przeprowadzano na pełnych ludzkich organizmach. Tu trafiały się różne przypadki. Część ciał nosiła więzienne numery i tatuaże. Większość była po lobotomii. Wszystkie były uśpione.

Prowadząc sekcje, naturalną koleją rzeczy stałem się odpowiedzialny za stan naszych nieświadomych pacjentów. No właśnie, pacjentów. Może to kwestia tego, że zajmowałem się przygotowywaniem ich organizmów, co nie zawsze było banalne, gdyż warunki więzienne często owocowały wirusami, chorobami i ogólnie rozstrojem systemu immunologicznego, który przeszkadzał nam w badaniach. Może przyczyna była jeszcze inna. W każdym razie nie potrafiłem nazywać ich „materiałem”. Dla mnie to byli pacjenci. Nawet jeśli leczyłem ich tylko po to by chwilę później ich pokroić.

Najtrudniejsze jednak były eksperymenty końcowe z toksynami psychoaktywnymi. Gdy już zbadaliśmy wpływ substancji na formowanie aksonów i dendrytów, gdy już znaliśmy reakcję całego ciała i efekty uboczne dla organów wewnętrznych, pozostawało zweryfikować obserwację na pełnym, żywym organizmie.

Do tego selekcjonowaliśmy najlepiej rokujących pacjentów. Takich, których materiał genetyczny był najbliższy wzorca, którzy nie cierpieli na istotne zmiany w mózgu i choroby ciała. Następnie do moich zadań należało ich wybudzanie i przygotowanie do testów, które zwykle przeprowadzała już komisja weryfikacyjna z professorem Handrą na czele.

Minimalna próba statystyczna to 40 pacjentów. Zespołów w ośrodku było kilkanaście. Stąd siedem z podziemnych pięter kompleksu zajmowały same hibernatory.

9 1
zmodyfikowany 09-04-21 09:11

Ramiel (orygiał)

Ramiel (wersja)

Wersja 1 z 1
  • 1 ~ Ramiel ~ 09-04-21 09:11

5

Dżungla 

Po kilku miesiącach udało mi się nadrobić podstawowe braki w edukacji. Nauka szła szybko, w zamkniętym kompleksie ośrodka nie było niczego, co mogło mnie rozpraszać. Wtedy właśnie zgłosiłem mój własny pomysł.

Jednym z ciekawszych stworzeń, z którego psychoaktywnego jadu korzystaliśmy w badaniach, był Vimelea Vya, rodzaj lądowej meduzy – pasożyta, żerującej na innych gatunkach ssaków i gadów. Vimelea Vya przyjmowała wielkość do 40 centymetrów, jej ciało składało się z przeźroczystego kaptura w którym znajdował się główny ośrodek nerwowy i którego dolną część pokrywała sieć przyssawek. Ponadto dało się wyróżnić dwie cienkie macki, zakończone igłami, przez które pasożyt wstrzykiwał jad do ciała ofiary, oraz same worki jadowe. Na temat odżywiania, reprodukcji czy cyklu życiowego nic nie wiedzieliśmy, ponieważ łowcy dostarczali nam jedynie martwe okazy, przytwierdzone do głów większych ssaków i gadów.

Do moich zadań należało wycinanie gruczołów jadowych i dostarczanie trucizny.

Łowcy z pobliskich wiosek stosunkowo rzadko trafiali na zwierzęta zaatakowane przez meduzę, przez co materiałów do badań było mało. Jako że opiekowałem się zwierzyńcem, zaproponowałem schwytanie żywych okazów, i próbę wprowadzenia ich do terrarium, tak by można było pobierać jad przez cały okres życia meduzy. Po pierwsze ułatwiłoby nam to badania, a po drugie samo w sobie było ciekawe, zważywszy, że nadal nie wiedzieliśmy, po co pasożyt wprowadza substancje psychoaktywne do mózgu ofiary. Neurotoksyny paraliżujące wydawały się bardziej na miejscu.

Professor wyraził zgodę pod jednym warunkiem. Że przygotuję sobie zastępstwo na wypadek mojej śmierci.

Podróże, ba, zwykłe opuszczanie kompleksu nie było w zwyczajach naukowców. Jak już wspominałem, Dusk nie jest najbezpieczniejszą planetą. Gdy trzeba było udać się do dalszych wiosek po materiały do badań, wysyłaliśmy żołnierzy w opancerzonym transportowcu. Zazwyczaj wracali szczęśliwie. Zazwyczaj.

Nie uprzedziłem Professora że nie zamierzam skorzystać z ich pomocy. Może to wpływ lat w Świętym Officium, ale instynkt mi podpowiadał, że gdy chce się coś załatwić porządnie, lepiej nie mieszać w to sił oficjalnych.

Zamiast z transportowca, skorzystałem z pomocy jednego z łowców, autochtona Mtoko. Założyłem od dawna nie noszony EBS, narzuciłem na to Mesh, przypiąłem ekwipunek i broń. Powróciły na chwilę wspomnienia.

Mtoko podobnie do Kaia, był cały pokryty tatuażami. Nosił dwulufową, wysokokalibrową strzelbę, półmetrowy nóż o kościanej rękojeści i prymitywne granaty, wykonywane przez ludzi jego wioski z kości różnych zwierząt, prochu i zapalnika. Mówił łamanym Niskim Gotykiem, używając co kilka zdań słów z lokalnego dialektu.

Do wioski dotarliśmy pod wieczór, zużywając jedynie kilka nabojów. Nieśliśmy pakunki: ja przygotowaną na meduzę bioskrzynkę, Mtoko plecak pełen amunicji i leków, które dostał od labolatorium za przyniesione okazy.

Jeśli zapytasz ludzi z gwiazd dlaczego nie lubią przebywać w miejscach podobnych do Duskowej dżungli, to chyba przede wszystkim ze względu na nadmiar bodźców które natura w nich dostarcza. Nie boimy się absolutnie przestrzeni, przed którą panikują mieszkańcy kopców. Pustka kosmosu uczy pokory. Nie boimy się ciasnych przestrzeni i nagromadzenia ludzi. Statki nie są pod tym względem lepsze niż przeludnione miasta. Nie wymagamy sterylnych warunków – zarazy na statkach są dość powszechne. Ale nie znosimy dopływających zewsząd fałszywych bodźców, których pełno w naturze. Idziesz i co chwila smaga cię jakaś gałąź, jakiś liść spada na ramię, jakiś insekt, którego jad może okazać się zabójczy, siada na policzku. Tego jest po prostu dla nas za dużo.

Do tego, wszystko to pulsuje swoim cieniem w Osnowie.

Nawet w największych kopcach, obraz Osnowy przypomina czarny ekran przetykany jasnymi plamami światła ludzkich umysłów. W lesie, dżungli jest zupełnie inaczej. Tu wszystko żyje, co sprawia, że tło promienieje nieustannie migotliwym bladym blaskiem.

Nie byłem do tego przyzwyczajony. Zdecydowanie nie byłem.

10 1
<< < 1 2 > >>

Aby dodać dyskusję, musisz się wcześniej zalogować.

Aby dodać komentarz, musisz się wcześniej zalogować.