Po kilku miesiącach udało mi się nadrobić podstawowe braki w edukacji. Nauka szła szybko, w zamkniętym kompleksie ośrodka nie było niczego, co mogło mnie rozpraszać. Wtedy właśnie zgłosiłem mój własny pomysł.
Jednym z ciekawszych stworzeń, z którego psychoaktywnego jadu korzystaliśmy w badaniach, był Vimelea Vya, rodzaj lądowej meduzy – pasożyta, żerującej na innych gatunkach ssaków i gadów. Vimelea Vya przyjmowała wielkość do 40 centymetrów, jej ciało składało się z przeźroczystego kaptura w którym znajdował się główny ośrodek nerwowy i którego dolną część pokrywała sieć przyssawek. Ponadto dało się wyróżnić dwie cienkie macki, zakończone igłami, przez które pasożyt wstrzykiwał jad do ciała ofiary, oraz same worki jadowe. Na temat odżywiania, reprodukcji czy cyklu życiowego nic nie wiedzieliśmy, ponieważ łowcy dostarczali nam jedynie martwe okazy, przytwierdzone do głów większych ssaków i gadów.
Do moich zadań należało wycinanie gruczołów jadowych i dostarczanie trucizny.
Łowcy z pobliskich wiosek stosunkowo rzadko trafiali na zwierzęta zaatakowane przez meduzę, przez co materiałów do badań było mało. Jako że opiekowałem się zwierzyńcem, zaproponowałem schwytanie żywych okazów, i próbę wprowadzenia ich do terrarium, tak by można było pobierać jad przez cały okres życia meduzy. Po pierwsze ułatwiłoby nam to badania, a po drugie samo w sobie było ciekawe, zważywszy, że nadal nie wiedzieliśmy, po co pasożyt wprowadza substancje psychoaktywne do mózgu ofiary. Neurotoksyny paraliżujące wydawały się bardziej na miejscu.
Professor wyraził zgodę pod jednym warunkiem. Że przygotuję sobie zastępstwo na wypadek mojej śmierci.
Podróże, ba, zwykłe opuszczanie kompleksu nie było w zwyczajach naukowców. Jak już wspominałem, Dusk nie jest najbezpieczniejszą planetą. Gdy trzeba było udać się do dalszych wiosek po materiały do badań, wysyłaliśmy żołnierzy w opancerzonym transportowcu. Zazwyczaj wracali szczęśliwie. Zazwyczaj.
Nie uprzedziłem Professora że nie zamierzam skorzystać z ich pomocy. Może to wpływ lat w Świętym Officium, ale instynkt mi podpowiadał, że gdy chce się coś załatwić porządnie, lepiej nie mieszać w to sił oficjalnych.
Zamiast z transportowca, skorzystałem z pomocy jednego z łowców, autochtona Mtoko. Założyłem od dawna nie noszony EBS, narzuciłem na to Mesh, przypiąłem ekwipunek i broń. Powróciły na chwilę wspomnienia.
Mtoko podobnie do Kaia, był cały pokryty tatuażami. Nosił dwulufową, wysokokalibrową strzelbę, półmetrowy nóż o kościanej rękojeści i prymitywne granaty, wykonywane przez ludzi jego wioski z kości różnych zwierząt, prochu i zapalnika. Mówił łamanym Niskim Gotykiem, używając co kilka zdań słów z lokalnego dialektu.
Do wioski dotarliśmy pod wieczór, zużywając jedynie kilka nabojów. Nieśliśmy pakunki: ja przygotowaną na meduzę bioskrzynkę, Mtoko plecak pełen amunicji i leków, które dostał od labolatorium za przyniesione okazy.
Jeśli zapytasz ludzi z gwiazd dlaczego nie lubią przebywać w miejscach podobnych do Duskowej dżungli, to chyba przede wszystkim ze względu na nadmiar bodźców które natura w nich dostarcza. Nie boimy się absolutnie przestrzeni, przed którą panikują mieszkańcy kopców. Pustka kosmosu uczy pokory. Nie boimy się ciasnych przestrzeni i nagromadzenia ludzi. Statki nie są pod tym względem lepsze niż przeludnione miasta. Nie wymagamy sterylnych warunków – zarazy na statkach są dość powszechne. Ale nie znosimy dopływających zewsząd fałszywych bodźców, których pełno w naturze. Idziesz i co chwila smaga cię jakaś gałąź, jakiś liść spada na ramię, jakiś insekt, którego jad może okazać się zabójczy, siada na policzku. Tego jest po prostu dla nas za dużo.
Do tego, wszystko to pulsuje swoim cieniem w Osnowie.
Nawet w największych kopcach, obraz Osnowy przypomina czarny ekran przetykany jasnymi plamami światła ludzkich umysłów. W lesie, dżungli jest zupełnie inaczej. Tu wszystko żyje, co sprawia, że tło promienieje nieustannie migotliwym bladym blaskiem.
Nie byłem do tego przyzwyczajony. Zdecydowanie nie byłem.