AlterStory to miejsce do wspólnego pisania opowiadań, do dyskutowania na ich temat, komentowania, tworzenia ciągu dalszego. AlterStory powstał z myślą o wszystkich piszących: zarówno tych, którzy do tej pory pisali tylko do szuflady, jak i tych, którzy mają już na swoim koncie pierwsze, liczne, a może nawet niezliczone, sukcesy literackie. Wszystkim daje możliwość aktywnego włączenia czytelnika w proces powstawania utworu.
Wspólne pisanie opowiadania jest jak tworzenie filmu. Jesteś reżyserem, który wyznacza kierunek, określa fabułę, wybiera najlepsze ujęcia. Z Tobą współpracują autorzy - scenarzyści. To oni wraz z Tobą, tworzą kolejne rozdziały. Wybierasz te, które najbardziej Ci się podobają i decydujesz jak będzie wyglądać ostateczna wersja. Jako czytelnik, czytasz oraz komentujesz opowiadania innych i możesz w każdej chwili dołączyć się do ich tworzenia.
Ludzie urodzeni wśród gwiazd powinni umierać wśród gwiazd. Dla nas podróż jest domem. Gdy zostajemy zbyt długo w jednym miejscu więdniemy. Na trumnach odprawianych w kosmos zawsze wykuty jest ten sam napis, który można znaleźć nad głównym wejściem do księżycowego schola w którym uczą się przyszli nawigatorzy: „Navigare necesse est, vivere non est necesse”. Żeglowanie jest koniecznością. Życie koniecznością nie jest.
Gdybym był jednak zmuszony z jakiegoś powodu pozostać na planecie, wiem dokładnie którą bym wybrał. Najpiękniejszą ze wszystkich jakie widziałem. Dusk.
Inna sprawa, że długo bym tam nie pożył. Średnia dożywanego przez autochtonów wieku na Dusk wynosi 24 lata. Imigracja jest nielegalna, a osoby które odbywają tam służbę, mają gwarantowaną w papierach zmianę miejsca po maksymalnie 3 latach. Mimo to śmiertelność pracowników naukowych i ochrony w jednostkach Imperialnych sięga 42%.
Nie da się ukryć, że Dusk nie jest najbezpieczniejszym miejscem.
Ale na pewno jest najpiękniejszym.
Patrzę na zbiorową mogiłę rodziców dwunastu dzieci, które wysłałem na śmierć. Jeśli będą miały szczęście, jedno, może dwoje z nich przeżyje. Dwanaście małych, niewinnych szkrabów, do których, ku mojemu zdziwieniu, zacząłem żywić przywiązanie. Dwanaście małych, ufnych dzieci, o umysłach otwartych, jasnych, nieskażonych, które nauczyły mnie więcej o życiu niż wszystkie lata nauki. Które pokazały mi nieskrępowaną radość istnienia.
I kości ich rodziców, bielejące pode mną.
Dusk jest najpiękniejszą planetą. Nigdy jej nie zapomnę.
Nie zdążyłem jeszcze na dobre odpocząć po serii przesłuchań i analiz zamykających śledztwo na Agelis, czasem zdawało mi się, że cała ta papierkologia jest bardziej męcząca niż sam pobyt na zatopionej planecie, gdy dostałem wiadomość od Magnusa. Była krótka: „Mój przyjaciel, Inkwizytor Veronika Lambert, Ordo Hereticus, prosił mnie o wsparcie w postaci zaufanego agenta. Wysyłam ciebie. G.M.R.”
„G.M.R” w epistolografii Inkwizycyjnej było skrótem od „godnie mnie reprezentuj”, choć niektórzy twierdzili że chodziło raczej o: „gówno masz robić”.
Dwa dni później znajdowałem się już na pokładzie lądownika, czekając na przejęcie przez frachtowiec „Troy”. Spóźnili się jedynie dwadzieścia godzin. Na handlowcu, cztery sektory jednego z pokładów w części rufowej zostały zarezerwowane przez zespół Veroniki. Samej Inkwizytor nie było na pokładzie. Całe dochodzenie należało do śledczego Thomasa Kane'a.
- Nazywam się Thomas Kane i od dziś, do końca tej operacji należycie do mnie. Nie interesuje mnie jak było tam, gdzie wcześniej byliście. U mnie za lenistwo albo głupotę kończy się z ołowiem w dupie, więc sugeruję słuchać uważnie.
Twarz miał kanciastą, jakby ją wyrąbano w kamieniu. Głos niski, donośny, adekwatny do pozycji.
- Macie szczęście trafić na samą końcówkę trwającego ponad pięć lat śledztwa. Żaden z was nie pracował dla Lambert, żaden z was nie pracował dla Ordo Hereticus. I właśnie dlatego tu jesteście. Ja sam formalnie jestem martwy od pół roku. Wszystko to dlatego, że mamy kreta po naszej stronie. Dlatego od dziś, do końca operacji, nie kontaktujecie się z nikim poza mną i bazą. Bazę stanowi zespół analityczny, którego nie spotkacie i który znajduje się już na miejscu. Baza zapewnia wywiad i koordynację, ale żadnego wsparcia ponadto, zrozumiano?
Nikt z siedmiu słuchaczy znajdujących się w pomieszczeniu nie oponował.
- Lecimy do systemu Masunog, by wylądować na siódmej planecie od lokalnego słońca. Planeta nie ma nazwy, bo techno pedały z Adeptus Mechanicus, które ją nadzorują od kilku tysięcy lat, nie raczyły jej sensownie nazwać. Dlatego będziemy o nią mówić Masunog 7. Zrozumiano?
Masunog 7 to jedna wielka kuźnia. Wydobywa się tam uran, aluminium, cynk, żelazo i chuj wie co jeszcze. Wszystko to, techno pedały przerabiają na czołgi, amunicję dla makro dział i inny ciężki syf, niezbędny ku szczęśliwemu istnieniu naszego kochanego Imperium. Zrozumiano?
Masunog 7 jest podzielony na dwie części. Jedna znajduje się na niewielkim kontynencie na północnej półkuli i jest zarządzana przez wymienione już przeze mnie pedały. Same siebie nazywają Genetorami1 i są jakąś tam subkulturą Dzieci Marsa. Na tyle oryginalną by była hermetyczna, na tyle starą, by trudno ich było po cichu puścić z dymem. Na kontynencie są wszystkie fabryki i tam odbywa się całe wydobycie.
Druga część planety, to sieć atoli, wysepek, lagun, raf, i wystających z dna strzępów ziemi, tworzących miejsce osiedlenia dla mieszkających tam ludzi. Ludzie ci zajmują się łowieniem ryb i hodowaniem wodnego badziewia na masową skalę. Część druga zapewnia w całości wyżywienie dla części pierwszej i jest zarządzana przez zbiór półgłówków zwany Senatem. Zrozumiano?
Na planecie obecność Administratum jest ograniczona do minimum, co oznacza jedynie kilkadziesiąt tysięcy łysych kretynów. Formalnie Masunog 7 cieszy się olbrzymią dozą, tych no, swobód. Formalnie obie części ze sobą współpracują i wszyscy są szczęśliwi. Senat raportuje techno pedałom, a techno pedały gubernatorowi. Imperialne transportowce co kilka miesięcy przylatują, odbierają sprzęt i żywność.
Nieformalnie Senat i pedały są od tysiąca lat w stanie cichej wojny i tolerują siebie tylko ze względu na makrobaterie umieszczone na orbicie. Senat zarzuca kontynentowi zatruwanie środowiska, co wpływa na zmniejszające się możliwości połowowe i trudności w wywiązaniu się z wymaganych Imperialnych danin. Kontynent zarzuca senatowi, jako de facto monopoliście, windowanie cen pożywienia, które podobno są wyższe niż dla zewnętrznych, wolnych kupców.
Wszyscy się tak bardzo kochają, że już kilka razy prawie doszło do wojny nuklearnej i tylko wizja wpierdolu z orbity, jaki im spuści nasza kochana flota, powstrzymują autochtonów przed rękoczynami. Cały pokojowy balans tej pieprzonej planety utrzymuje się na ostrzu noża i pięć lat temu otrzymaliśmy informacje, że ktoś go postanowił zachwiać. Ktoś, kto w dupie ma nasze makrodziała i komu ogólnie na rękę wielka rozpierducha. Dziś mniej więcej wiemy kto i gdzie, i dlatego jesteście potrzebni, zrozumiano?
Nie będzie łatwo i nie będzie szybko. Cichy stan wojny na planecie oznacza, że wszyscy trzęsą portkami, srają po gaciach, łatwo pociągają za spust i bawią się w podchody. A to oznacza, że oficjalnie gówno możemy zdziałać. Wywiad też mamy ograniczony. Od pięciu lat, stronę techno pedałów, penetruje, że tak powiem, nasz człowiek – ktoś zarechotał z tyłu - Drogo go to kosztowało i raczej nie będzie chciał o tym pogadać. Ważne jest to, że przygotował dla nas miejsce. Są papiery, są pozwolenia i są dane w systemie, których nie można podważyć. Wasze profile macie w dataslate'ach. Wykuć to na pamięć.
Specjalnie was nie przedstawiam. Po teczkach macie też dane pozostałych agentów. Wszystkie, z wyjątkiem doświadczenia, są fikcyjne. I lepiej niech tak pozostanie, ale jak ktoś bardzo chce narażać swoją rodzinę na problemy, nie będę powstrzymywał.
Mamy też człowieka po stronie wywiadu Senatu. Nazywa się Igor i będzie z nami pracował. - skinął w stronę niskiego faceta siedzącego z tyłu - Chłopaki od tysiąca lat gromadzą dane, więc trochę tego jest. Zadanie na dziś, to zapoznać się z profilami. Od jutra zaczynamy szkolenie. Mamy trzy miesiące lotu tym złomem, więc wystarczy czasu. Na koniec chcę byście wszyscy: a) byli przygotowani do działań dywersyjno-kontrwywiadowczych jak na adeptus Ordo Hereticus przystało, b) byli nieodróżnialni od mieszkańców miast-kopalni. Zrozumiano?
Spojrzałem po pozostałych. Jasna cera, wzrost niski do średniego, na moje oko pochodzą z gwiazd, kuźni lub kopców. Nikogo, kto cierpiałby na nadmiar słońca, deszczu i powietrza. Przynajmniej już wiem jakie były kryteria rekrutacji.
- Operacja nazywa się Resistere. Jakieś pytania? Nie. Dziękuję, wypierdalać!
Ludzie urodzeni wśród gwiazd powinni umierać wśród gwiazd. Dla nas podróż jest domem. Gdy zostajemy zbyt długo w jednym miejscu więdniemy. Na trumnach odprawianych w kosmos zawsze wykuty jest ten sam napis, który można znaleźć nad głównym wejściem do księżycowego schola w którym uczą się przyszli nawigatorzy: „Navigare necesse est, vivere non est necesse”. Żeglowanie jest koniecznością. Życie koniecznością nie jest.
Gdybym był jednak zmuszony z jakiegoś powodu pozostać na planecie, wiem dokładnie którą bym wybrał. Najpiękniejszą ze wszystkich jakie widziałem. Dusk.
Inna sprawa, że długo bym tam nie pożył. Średnia dożywanego przez autochtonów wieku na Dusk wynosi 24 lata. Imigracja jest nielegalna, a osoby które odbywają tam służbę, mają gwarantowaną w papierach zmianę miejsca po maksymalnie 3 latach. Mimo to śmiertelność pracowników naukowych i ochrony w jednostkach Imperialnych sięga 42%.
Nie da się ukryć, że Dusk nie jest najbezpieczniejszym miejscem.
Ale na pewno jest najpiękniejszym.
Patrzę na zbiorową mogiłę rodziców dwunastu dzieci, które wysłałem na śmierć. Jeśli będą miały szczęście, jedno, może dwoje z nich przeżyje. Dwanaście małych, niewinnych szkrabów, do których, ku mojemu zdziwieniu, zacząłem żywić przywiązanie. Dwanaście małych, ufnych dzieci, o umysłach otwartych, jasnych, nieskażonych, które nauczyły mnie więcej o życiu niż wszystkie lata nauki. Które pokazały mi nieskrępowaną radość istnienia.
I kości ich rodziców, bielejące pode mną.
Dusk jest najpiękniejszą planetą. Nigdy jej nie zapomnę.
Czarny, chudy, pokryty liszajami szczur powoli badał nowy zapach. Nie potrafił go rozpoznać. Nie była to jego ulubiona woń gnijącego mięsa, ale głód powodował że wyuczona ostrożność przegrywała z potrzebą zapełnienia żołądka.
Stara cysterna mimo iż od lat nieużywana była miejscem gdzie łatwo było załatwiać dyskretne interesy i finalizować umowy w sytuacji gdy dodatkowi świadkowie byli niepożądani. Czasem po finalizacji transakcji niepotrzebni stawali się również kontrahenci. Znajdujące się na dnie cysterny odpływy ułatwiały posprzątanie po takich spotkaniach. Lokalni padlinożercy znali to miejsce równie dobrze co gangi, przemytnicy i handlarze.
Niestety od czasu gdy we Wotach św. Druzusa zaczął swoje rządy Septimus Cysterna szybko popadła w zapomnienie. Nowy władca półświatka nie tolerował nieautoryzowanych transakcji na swoim terenie. Po kilku pokazowych akcjach prezentujących pogląd Septimusa na niekoncesjonowaną konkurencję Cysterna teraz gościła tylko tych nielicznych padlinożerców.
Skryty w cieniu, niewidzialny dzięki camaleon cloak Kai obserwował szczura powoli idącego w jego stronę. Ludzie oczy i uszy potrafił oszukać, ale węchu wygłodzonego padlinożercy nie.
Witaj w alterstory.com! Jeśli jesteś tu pierwszy raz możesz się czuć lekko zagubiony. Nie martw się. Dobrze trafiłeś! Ten podręcznik oprowadzi Cię po naszym serwisie i pokaże jak czytać, edytować i tworzyć własne opowiadania.
Do serwerowni weszła procesja.
Na czele pochodu Piotr M., krok za nim Przemek, a kolumnę zamykał Marek P. - to był znak, że coś się dzieje ...
Drzwi do serwerowni się zamknęły i ... nic.
Żadnych krzyków, jęków, żadnych odgłosów walki człowieka z bezduszną maszyną.
Na chwilę tylko tajemne drzwi się uchyliły. Wyłonił się zza nich Piotr M., zajrzał do pokoju Magdy, zamruczał pod nosem "niestety nie ma", po czym zniknął w serwerowni ponownie.
Czas mijał. Chwile zlewały się z szumem potężnych wiatraków, chłodzących maszynerię znajdującą się po drugiej stronie.
Po głowie nieśmiało błąkała się myśl o tym, że dziś już nie uświadczymy internetu.
Nikt z nas nie śmiał wypowiedzieć jej jednak na głos ...
Jefte, siedząc w sitowiu nad Jordanem, uważnie obserwował okolicę. Wiedział, że niebawem powinien pojawić się jakiś pacjent. Nie musiał długo czekać, gdyż już za chwilę zza drzew wyłonił się przestraszony Efraimita. Szedł powoli, prawie się skradał, jakby przeczuwał, co go czeka. Jefte, nie namyślając się długo, wyskoczył z zarosli i z nagim mieczem w dłoni popędził do Izraelity.
– Ha, mam cię! Myślałeś, że unikniesz kontroli? Niestety... No, dalej, wymów słowo „Szibbolet”! Co, nie rozumiesz? Chyba po hebrajsku mówię? – Jefte domagał się odpowiedzi. – Szybko, nie mam czasu! Szib-bo-let!
Zatrzymany zbladł i zaczął nerwowo pocierać ręką brodę. W końcu jednak, szturchnięty mieczem, przemówił:
– S-s-s-sibbolet... – Ha! Ha! Powiedziałeś „sibbolet”! Nie umiesz wymówić głoski „sz”! Od początku to podejrzewałem! A więc giń, sepleniąca świnio! – krzyknął z triumfem Sędzia, po czym ciął pacjenta w szyję, a ten martwy padł na ziemię.
Tego dnia Jefte wyleczył z wady wymowy jeszcze czterdzieści dwa tysiące Efraimitów.
Ta książka zawiera pomysły na fantastyczne światy to wykorzystania przez innych autorów
To jest brudnopis do testowania, pokazywania, miziania i co tam kto lubi.
Rzygałem w plastykową torebkę jak gówniarz po pierwszym, porządnym chlaniu. Żołądek próbował mi wyjść przez gardło i choć to nie możliwe, bolały mnie stawy nóg.
Chujowo rzyga się w próżni.
Zresztą, wszędzie rzyga się chujowo. Do rzygania w kiblu, po alkoholu i prochach, byłem jednak przyzwyczajony. Wypluwanie z siebie flaków w 0g było nowym doświadczeniem.
- Starczy? Może włączę ciążenie?
- Nie... rrrwa twoja ma.... nie!
- Jak sobie chcesz. Daj znać jak będziesz miał dość masochizmów.
Znów zwinęła mnie konwulsja, ale nie miałem już co z siebie wyrzucić. Byłem pusty jak butelka nad ranem. Czułem się jeszcze gorzej. Wymiotowanie daje jednak pozorną ulgę, a przynajmniej zajmuje umysł. Zamknąłem torebkę suwakiem i wrzuciłem do spalarki. Policzyłem powoli do tysiąca.
- Już lepiej.
- To co? Włączamy?
- Nie! Wolę się przyzwyczaić.
- Jak sobie chcesz.
Wolę się przyzwyczaić, bo nie chcę nawet myśleć o tym, co by było, gdybym narzygał sobie w hełm. Oczywiście są tam jakieś filtry, jakieś odsysacze i inne duperele, mamy w końcu czterdzieste pierwsze tysiąclecie i nie umiera się od pojedynczej kulki rozszczelniającej kombinezon, ale wolałbym uniknąć kilku godzin z zarzyganą twarzą.
Znów policzyłem do tysiąca.
- Max, zbliżamy się.
- Ile...
- Pół godziny.
- Dobrze.
- Wiesz, ten... to może trochę zająć, dobrze by było jakbyś się przygotował...
- A co ja, kurwa, robię?
- Miałem na myśli te... no będzie ci łatwiej jak wcześniej załatwisz potrzeby fizjologiczne.
Punkt dla niego. Jak te skurwiele srają w kombinezonach? Brrrr....
- Włącz ciążenie, nie będę sobie gówna wyjmował spomiędzy pośladków.
- Się robi szefie.
Jak ja im zazdrościłem, tym wszystkim bladobłękitnym, drobnym, rozciągniętym ludzikom, jak Herman, pilot, z którym właśnie rozmawiałem. Zero problemów w nieważkości, w pizdu miejsca, zero syfu, zero brudu... no dobra, niezupełnie zero, ale w porównaniu z Gunmetal, to było nic. Zero epidemii, lekarz na każde zawołanie, i zero problemów w 0g. Dałbym sobie znów nogi uciąć, byle tylko wnętrzności wróciły mi na swoje miejsce. Człowiek nie jest jednak stworzony do podróży kosmicznych. Promieniowanie, temperatura, brak tlenu, wszystko to mordercze, ale nawet zwykła, pierdolona nieważkość przesuwa organy i wywołuje największą w życiu chorobę morską. Ech...
I zasysający kibel próżniowy, nawet wody nie można spuścić normalnie.
- Piętnaście minut do podejścia.
- Dobra. Zaraz będę. Obudzisz truciciela?
- Już się pakuje. Przyjść ci pomóc?
- Nie musisz tam czymś sterować przypadkiem?
- Max, ten statek jest martwy i popruty mikrometeorami, jak księżyc Świętej Ziemi. Nigdzie nam nie ucieknie. Wystarczy że zrównam się z nim prędkością i mogę zostawić kokpit w spokoju póki nie rozbijemy się o gwiazdę. Co przy obecnym wektorze nastąpi najwcześniej za kilka miesięcy.
- Dobra, dobra, rozumiem. Możesz mi pomóc.
Ale jestem wspaniałomyślny. Ech...
Pomoc się jednak przydała. Teoretycznie wiem jak to zrobić, bo teoretycznie wiem prawie wszystko, taki efekt uboczny zabawy z Genetorami, ale teoretyczna wiedza, a doświadczenie, to dwie zupełnie różne rzeczy.
- Gotowe, powodzenia.
Herman klepnął mnie z rozmachem w plecy i poszybowałem w kierunku śluzy. Truciciel już czekał. Miał gustowny kombinezon w kolorze świeżo zakrzepłej krwi, z białymi krzyżami na piersi i plecach. Nie wiem kto im wymyślił taki durny znak rozpoznawczy, dla mnie wyglądał jak ruchomy cel na strzelnicy.
- Jak się masz doktorku? Wyspany?
Pomachał mi ręką i pokazał na przłącznik interkomu. Cholera.
- Teraz lepiej? Pytałem czy się wyspałeś?
- Naturalnie. Słyszałem że miałeś problemy żołądkowe, chcesz prochy?
Równie dobrze mógłby mi zrobić lewatywę.
- Dzięki, ale nie masz uprawnień, a ja nie chcę ryzykować że twój proch zareaguje trochę inaczej z tym, co mam w żyłach.
Odwrócił się nie odpowiedziawszy. Jak wszyscy lekarze uważał się za nieomylnego i jakakolwiek krytyka doprowadzała go do szewskiej pasji. Ale miałem rację, nie miał pojęcia co wpuścili mi w kanały Genetorzy i nie miał pojęcia jaki będzie efekt.
Zamykając śluzę chwyciłem za laserowy karabin i odruchowo się skrzywiłem. Latarka, jak ją w Gunmetal określano, była bardzo przez nas nielubianym rodzajem broni. Ale nie miałem ochoty kompensować ewentualnych odrzutów silniczkami skafandra. Aż taki dobry nie jestem.
Szczerze mówiąc, lasery nie zasłużyły na złą opinię. Uprzedzenie mieszkańców Gunmetal wynikało z powodów ekonomicznych. Gunmetal robił słynną na cały sektor broń palną. Tajemnicą poliszynela było, że dziesięć razy tyle zarabiano na częściach zamiennych i amunicji. Amunicja się zużywa, mimo najlepszych materiałów lufa i komora także. I to praktycznie niezależnie od konstrukcji. Przy laserze natomiast, pomijając jego minimalnie mniejszą moc, wszystko co musisz robić to ładować baterie i czyścić raz do roku soczewki. Brak ruchomych elementów sprawiał, że była to broń praktycznie nie do zdarcia. Czyli nie dało się zarobić na utrzymaniu. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nienawidziło go całe Gunmetal, kochali się w laserach generałowie i wojskowi logistycy. Częściej musieli wymieniać ludzi, niż broń. A ludzie, są tańsi. W końcu łatwiej zrobić człowieka, niż laser.
Znane nam dotycznas wampiry sporo różnią się od tych, które poznasz. Uprzedzam, że nie są one ani mroczne ani tajemnicze mimo, że próbują takie być. Zacznijmy od jednego z wampirów, którego cechuje lęk przed krwią, zwie się on
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Leszek Hajdukiewicz
Podpisuję się Adzik z Targówka i troszkę ze Szmulek, czyliż… Tadeusz Szurek.
Leszek Hajdukiewicz Skąd się to wzięło?
Tadeusz Szurek, rozmawia
Leszek Hajdukiewicz
Całą swoją durną i chmurną młodość spędziłem na Targówku. Bazar leży przy Targówku lub jak ktoś woli odwrotnie. Wiech powiedział, że kiedy Warszawa była jeszcze lasem i polowano tutaj na tury, to na Targówku już były osiedla i wytapiano z rudy darniowe żelazo. W związku z tym należy powiedzieć, że najważniejszym miejscem w Warszawie jest Targówek. Urodziłem się w 1925 w Warszawie i po 5 latach od urodzenia przenieśliśmy się na Targówek. Mój ojciec był całe życie tramwajarzem. W związku z tym miałem darmowe przyjazdy, oglądanie miasta i załatwianie zakupów przede wszystkim, a to sprowadzało się do Pragi i Bazaru Różyckiego.
Olgierd Budrewicz, reporter miejski „Życia Warszawy” od 1946 r.,
rozmawia
Małgorzata Pużyńska,
Warszawa, grudzień 2003 r.
Przed wojną Praga to była dzielnica proletariatu i lumpenproletariatu. Mieszkało tam dużo biedoty. Mówiło się, że Praga to schody kuchenne Warszawy, bo wiele dziewcząt z Pragi pracowało jako służące po drugiej stronie Wisły.
Zygmunt Pągowski,
rozmawia
Andrzej Rudnicki
Paru bogatych ludzi mieszkało na Pradze, a reszta to robotnicy kolejarze, tramwajarze. Największe mieszkanie to pokój z kuchnią, a jak miał ktoś ubikację to był to już luksus. Wanny, łazienki to już nie było w żadnym domu. W tych bogatszych na Targowej to może były. Normalnie to jeden kran przypadał na pięciu, sześciu lokatorów.
Zygmunt Broniarek,
rozmawia
Marta Kamińska
Ubikacja znajdowała się zwykle na podwórzu. Taki szalet. Latryna, tak można powiedzieć. Wyżej mieściły się pokoje z kuchnią, balkon wspólny. Wspólny balkon. To już był luksus. Przypuszczam, że ludzie, którzy tu mieszkali, tak jak i ja, to wyrobili w sobie uczucie, z jednej strony zazdrości – że my tu jesteśmy. Nawet jeżeli mieszkaliśmy na takich podwórkach jak studnie. A więc była zazdrość, a z drugiej strony było dążenie, to tego żeby tych burżujów trochę wykiwać. Żeby nie byli tacy mądrzy, żeby nie byli tacy silni. I to wyrobiło w nas smykałkę, która pomagała przetrwać. Pomagała w samym sposobie życia. Ja uważam, że ludzie, którzy mieszkali na Pradze byli silniejsi psychicznie, charakterologicznie, byli silniejsi od tych inteligencików ze Śródmieścia. To pozwoliło bazarowi Różyckiego przertwac i żyć. Dzięki temu stał się on domeną prywatnej inicjatywy.
Stefan Kłyszewski
rozmawia…
Bieda uczy wszystkiego. W dowodzie tam gdzie imiona rodziców mam wpisane NN. W zakładzie byłem chowany, u księdza Siemca, na Lipowej 13. Księża mnie dobrze wychowali. I tam gdzieś do 7 lat wytrzymałem. Tacy Dyrektorowie z banku na Bielańskiej chcieli mnie adoptować, bo ja byłem taki czarnulek, ładny chłopak. Przyszli do zakładu. A ten dyrektor to był takiego samego pochodzenia jak ja, też bez rodziców. Od razu mnie wybrali. Ja mu się na szyję rzuciłem. Ale gdyby mnie adoptowali od razu to by mnie wykształcili. Ale oni chcieli na razie tylko opłacać wszystko i w niedzielę mnie odwiedzać. I tak było, odwiedzali mnie, ubranka przynosili, ale mnie to nie urządzało. Mnie pachniała wolność. Zacząłem uciekać. Najpierw kupiłem mleko, lepy na muchy i tak po podwórkach chodziłem. To było modnie coś sprzedawać. Jak się już tak rozkręciłem z tymi lepami to kupiłem koszyczek na fiołki, bratki i pod cukiernią u Bliklego stałem. Jak taka para wychodziła, narzeczeństwo, nie narzeczeństwo, on w bryczesach to ja buch tej pani kwiatuszki dawałem, to on mi złotówkę albo i dwie dawał. I tak zacząłem się rozkręcać. Miałem wtedy z osiem lat. Później zacząłem handlować grubszymi rzeczami. Jak już miałem uzbieranych trochę pieniędzy jakieś 600, 700 złotych to zacząłem rozwozić mleko z mleczarni. Od butelki miałem złotówkę. I wypatrzyłem sobie garaż od frontu u takiego sędziego. Poszedłem do niego i zapytałem, czyby mi tego garażu nie wynajął na sklepik. Miałem wtedy 17 lat. Sędzia zgodził się, ale z góry musiałem zapłacić za 3miesiące. To było na Żoliborzu, a tam nie przychodziły kupować panie, tylko służące. A ja byłem ładny, czarny chłopak to te służące umawiały się ze mną do cukierni, do kina. Lubiły mnie i chociaż tam wokół były wielkie spółdzielnie to one wszystkie do mnie przychodziły kupować. Pewnego dnia przyszła do mnie do sklepu taka pani i mówi: „to tu przychodzą moje służące kupować, bo im się towar podoba, ale ja myślę, że im się coś innego tu podoba”. Zacząłem mieć tyle towaru, że przed sklepem się sprzedawało, na zewnątrz i wewnątrz. A tuż obok był taki duży sklep wspólników. Za jakiś czas przyszedł do mnie ich kierownik i powiedział, że ja się bardzo dyrektorowi spodobałem i proponuje mi stanowisko kierownicze i tyle będę dostawał co w tym sklepiku mam. Ja im straszną konkurencję zrobiłem. Szło mi jak cholera. Najpierw jedna ekspedientkę miałem, później drugą. No to ja temu kierownikowi mówię, żeby powiedział swojemu dyrektorowi, że ja do swojego sklepu kierownika szukam. To po co tam pójdę? Jak ja bym tu bankrutował to byście mnie nie brali, a ja wam tu w skórę daję. A z pana to cwaniak – powiedział, zabrał się i poszedł. Mocno się rozkręciłem, ale do wojska zostałem powołany, do Pińska jak jeszcze polski był. Ja już wtedy sporo pieniędzy w banku miałem, ten sklepik odstąpiłem komu innemu. W tym wojsku to było marne żywienie, to ja się stołowałem w oficerskim kasynie i przez dwa lata wszystkie pieniądze przejadłem. Jak wyszedłem znów byłem golas. I znów trzeba było od czegoś zaczynać. Ale już byłem starszy i te firmy co mi przedtem dawały towar (Stowimkol i inni) na rękę mi poszły. Znów budę wynająłem na sklepik, ale jeszcze nie na bazarze. Później dostałem się na Koszykową, sprzedawałem owoce i prowadziłem ich hurt. Jak się ożeniłem to miałem tyle pieniędzy, że ryksza mnie woziła z tymi pieniędzmi. Żonę poznałem jak ten sklepik na Żoliborzu miałem. Jej siostra tam przychodziła, była ładna dziewczyna i zaczęła się u mnie zaopatrywać Podobała mi się, ale była naciągaczka, a ja byłem skromny chłopak. Chciała, żeby jej bez przerwy fundować teatry, cukiernie, kina. Raz umówiłem się z nią na Śniadeckich, że ona tam wyjdzie, ale przychodzi do mnie taka młoda pani i mówi, że jej siostra nie może wyjść. Pracowała jako wychowawczyni u takiego pana co mu żona zmarła i nie mogła wyjść, bo nie miał kto z dziećmi zostać. I zaproponowała mi, że razem możemy spędzić czas. No i z tą przyszłą żoną zacząłem trochę chodzić. Nie była naciągaczką, bo mi za bilet do teatru zwróciła. Pomyślałem, że taka prędzej się na żonę nadaje. Tamtą rzuciłem i z tą się ożeniłem.
Zygmunt Pągowski, rozmawia
Andrzej Rudnicki
Wychowałem się na Szmulkach gdzie większość stanowili Żydzi. Przeważnie Polaków w kamienicy było dwóch, trzech – dozorca, czy inny biedniejszy. A na bazarze przed wojną to było może 5-10 Polaków co handlowali, a tak to wszystko żydowskie budki były – 90 procent.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Żydzi. To byli najlepsi kupcy świata. Wszyscy o tym wiedzieli i dlatego chodziło się we dwoje, żeby ktoś oglądał przód i tył, żeby Żyd nie oszukał.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
– Panie tramwajarz, poczekaj pan – mówi Żyd do mojego ojca. Ja mam dla pana garniturek. Specjalnie on tu czekał na pańskiego syna.
Więc przymiarka wygląda to w ten sposób, że Żyd stawiał takiego delikwenta przed lustrem. Z tyłu pociągał za marynarkę, tu pogłaskał, tam pogłaskał.
– Widzisz pan jak pasuje?
Potem odwracał i ta sama historia z tyłem. A że był za długi? To na wyrost, bo zwykle chłopak rośnie. Jak sprzedawca zaproponował ojcu cenę to tata dawał połowę. Oczywiście były krzyki, zaklinanie się na żonę, na dzieci. Kończyło się tak na 60 % ceny wywoławczej i towar sprzedawano. Zresztą jakby przyszedł kupujący i gdyby zapłacił tyle ile kupiec chciał, to byłaby to podejrzana transakcja.
Teresa Szejwian,
ur. 1936 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Żydzi mieli głowę do handlu. Zawsze mówili: panie, siadaj pan, jak tu nie ma tego, co pan chce, to ja panu przyniosę. On nie wypuścił, jak zobaczył klienta. Wiedział, że on musi kupić. Mieli do tego głowę. No i dużo było Żydów. Mieli swoje kamienice i zawsze mówili, że wasze ulice, nasze kamienice. I potem musieli to wszystko opuścić. Oni do dzisiaj mają tego świadomość, że tutaj są ich korzenie. A ja lubiłam Żydów. Chciałabym, żeby wszyscy ludzie byli tolerancyjni. Bo ja nie popieram złe sprawy. Zresztą Żyd to też człowiek, jak i każdy. Mnie ich śpiewy, ich kultura żydowska się podoba. Bo oni mieli w sobie więcej jak warszawiacy tego dowcipu, tego humoru. I prażanie się od nich uczyli tej wesołości. Bazar Różyckiego był wspaniały z tego powodu. A teraz to jak wejdę, taka sypialnia, martwy bazar jest, taki smutny – sami goje. Żydzi byli świetnymi handlarzami. Potrafili klienta rozbawić i zabawić. Nie ma jak u mnie, nigdzie pan tak nie kupi! No, tak umieli zachwalać, że to się nie da opowiedzieć. I naprawdę wszystko wyłożyli. I nie wypuścili klienta, dopóki towar się nie sprzedał: Jak nie ma tego, to ja panu zamówię.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
No i przyszło dwóch aktorów kupić sobie jakąś nadzwyczajną, świńską walizkę ze skóry na podróże. Patrzą, ale takiej nigdzie nie ma. Stanęli zmęczeni i jeden z nich mówi: „Nie, nie dostaniemy tego, świeże. Nie, nie, nie, nie dostaniemy, wątpię, wątpię. Żyd wychodzi: „Przepraszam bardzo, u mnie jest »świeże wątpię«”.
Olgierd Budrewicz,
rozmawia
Małgorzata Pużyńska
Bazar Różyckiego i jego okolice, Ząbkowska, Brzeska, to była całkiem inna dzielnica niż dzisiaj. Przekupki z tym specyficznym zaśpiewem zachęcały, żeby kupić flaki i … pyzy. Po ulicach i podwórkach krążyli handlarze, trupy cyrkowe.
Zygmunt Broniarek,
rozmawia
Dorota Kalinowska
Sprzedawano horoskopy. To wyglądało w ten sposób, że sprzedawca miał butlę, z jakimś specyficznym gazem i czyste kartki papieru. Jak się chciało ten horoskop kupić, to on wkładał tę kartkę papieru do butelki, do takiego wazonu właściwie, i nasycał go gazem. A następnie wyciągał już gotowy horoskop. Miałem wtedy 14 lat. Służyłem wówczas do Mszy, w starym kościółku pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej przy ulicy Ratuszowej. Myśmy z procesją chodzili do bazyliki na Kawęczyńską, zawsze obok bazaru Różyckiego. Matka była praczką, pracowała w szpitalu Przemienienia Pańskiego, a ojciec drukarzem obiciowym. To znaczy – drukował tapety u Franaszka na Woli.
Jadwiga Konarska,
ur. 1920,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Targowa po stronie bazaru, to były przeważnie domki parterowe drewniane. Na bazar prowadziło wspaniałe wejście. Na środku stał wielki syfon, w którym znajdował się sklep z owocami. Wszystkie owoce, jakie pani chciała. Takich jabłek, jak tam nie widziałam potem już nigdy w życiu. To były jabłka sprowadzane w beczkach, niewielkie, takie jak większe jajka, z jednej strony czerwone, z drugiej jasne.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
W tym syfonie kiosku sprzedawała babka, która miała śliczną córkę. I chodzili tam wszyscy kupować wodę sodową, żeby popatrzeć na tą córkę.
Hanna Sujecka,
ur. 1918 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Tuż obok była kiedyś brama, taka ogromna od Brzeskiej, i jak się wchodziło tamtędy, to w szeregach stali zawsze Żydzi, mieli masło i jajka w bardzo dobrym gatunku. Najpierw z mamą tam zachodziłyśmy.
Anna Gulmantowicz, ur. 1925 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Ze służącą chodziłam zawsze ciekawa, jak ona sprawunki załatwia. Tutaj przy bramie zaraz były stoiska ze śledziami, trochę dalej dużo warzyw, potem kramy z gotową odzieżą. Ale przede wszystkim to był bazar z artykułami żywnościowymi: owoce, jarzyny mięso. Przy bramie były żydowskie śledzie w olbrzymich beczkach, beczki stały obręczami otoczone... Żydzi sprzedawali uliki... Nazwa śledzi specjalnie tuczonych, tłustych śledzi.
Jadwiga Konarska,
ur. 1920,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Cała alejka z rybami. Cała alejka jatki z mięsem. Wszystkie gatunki mięsa. Co pani chciała. Z drugiej strony owoce i jarzyny. Wszystkie kasze, wszystkie owoce przez cały rok. To był przewspaniały targ i naprawdę te owoce były tanie, były świeże. Tam się można było we wszystko zaopatrzyć, czego dusza zapragnęła.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Zioła rozkładano na płachtach, na betonie, zielarki przyjeżdżały, wszystko można było kupić, nie potrzeba było chodzić do apteki. Na wszystkie choroby leki. Dalej były już budki z ubraniami – ślubne suknie, do Komunii, wszystko. Jak pani weszła, nie musiała pani nigdzie chodzić, duży kosz trzeba było wziąć, a nawet dwa, i wszystko się kupowało, wracało się do domu z pełnymi zakupami. Sklepików było mnóstwo jeszcze po drodze, sklepy malutkie i w suterenie, się wchodziło po schodkach. I wszystko, prawie wszystko było żydowskie. Nie było lodówek więc towar musiał być świeży. Wszystko wiadomo, że smaczniutkie. I rzeczywiście, to wszystko przed wojną było ekstra smaczne, bo było wszystko bardzo świeże, żadne mrożonki, żadne dorabianki, bo nie było możliwości fałszowania towaru, od razu się psuł i do widzenia. I nie sprzedał nikt. Pomarańcze były przepyszne, katańskie, których teraz już nie ma, teraz pomarańcze nie mają smaku, pomidory nie mają smaku, to wszystko jest inne i bez smaku.
Hanna Sujecka,
ur. 1918 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
No i oczywiście targowanie się. To tu nie było zakupu żadnego bez targowania. Kiedyś mama przeholowała, bo handlarz dał cenę masła – dziesięć złotych, a mama mówi: ja mogę dać pięć. To on już tylko oczy duże zrobił: – Pani, a skąd Pani przyszła?! Moja mama mówi: – Z Honolulu. – To idź pani lulu. No to odwróciłyśmy się – ale gdzie tam! Pobiegł zaraz za nami. – Pani, no co, nie dobijemy targu? No co, nie kupi pani u mnie? I zaraz był powrót z opuszczeniem ceny. I w końcu gdzieś w środku stanęło. Tam brali na nóż, próbowali – a mama moja powąchała tylko masło i wiedziała czy dobre. Ja podziwiam ją, bo ja musiałabym rzeczywiście spróbować – a nie powąchać. – Dobre, to proszę.
Anna Gulmantowicz, ur. 1925 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Obowiązkowo targowanie do dobrego tonu należało. Ząb za ząb, że tak powiem, jak nie, to szło się do innego, to ta przekupka wtedy latała, ciągnęła panią za kapotę tak jak na targu w Konstantynopolu, w Stambule, że jak klient interesuje się czymś, bo mu cena nie odpowiada, to sprzedający oczywiście zawraca i obniża cenę. Moja ciotka, Wołczyńska, miała dużą budę na bazarze. Budę z odzieżą damską, męską, dziecięcą. Na początku odzież, potem materiały. Ciotka była siostrą rodzoną mamy. Można powiedzieć, że utrzymywała całą moją rodzinę. Bardzo dobrze jej się powodziło. Mieszkała na Kępnej. Miała dwie służące. Jeszcze przed okupacją zatrudniała też krawcowe i hafciarki, które haftowały monogramy na bieliźnie. Bielizna pościelowa, męska, damska. Wtedy jeszcze niewiele było budek z gotową odzieżą. Od tej ciotki miałam sukienkę na komunię.
Barbara Jarosławska,
rozmawia
Katarzyna Michałowski
Mama kupiła nam z okazji I Komunii książeczki do nabożeństwa. Miała na bazarze kogoś, kto nam te zniszczone książeczki naprawiał. Chodzili też tacy, którzy mieli przywiązaną na szyi skrzyneczkę i sprzedawali cuda do odplamiania, papierki do zalepiania słoików zamiast nakrętek.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
To był bazar, gdzie można było wejść nago, a wyjść ubrany jak dżentelmen.
Zofia Bogucka,
ur. 1915 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Tam mogłaś iść głodna, wyszłaś najedzona, poszłaś boso, wyszłaś ubrana, tam wszystko się kupiło, od a do z, od koszuli, jak się mówiło, od majtek do, do... futra.
Teresa Błaszczyk,
Wspomnienia warszawskiej Pragi z lat trzydziestych dwudziestego wieku – widzianej oczami dziecka między 7 a 12 rokiem życia.
TPP (Towarzystwo Przyjaciół Pragi)
Miałam koleżankę, której ojciec był na bazarze stróżem. W dni świąteczne pozwalał nam dzieciom bawić się tu. Zsuwaliśmy budki, tworząc z nich coś w rodzaju sceny i na niej urządzaliśmy własnego pomysłu przedstawienia. Zakamarki bazaru były doskonałym terenem do podchodów i gry w chowanego, a alejki między straganami służyły do urządzania wyścigów i gonitw.
Barbara Jarosławska,
rozmawia
Katarzyna Michałowska
Jako dzieci staliśmy na bazarze i obserwowaliśmy szczury, które wychodziły spod budek z mięsem na wybrukowaną kostkę pić wodę z rynsztoków.
Teresa Szejwan,
ur. 1936 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Weszłam na bazar, a tu gra muzyka. Zaraz, jak to było – „Raz pocałuje, raz w mordę bije, i jakoś, chwalić Boga, się żyje”. Albo: „Przy fontannie, usiadł chłopak przy swojej pannie. I stracił miarę – on ją całował, a ona ukradła mu zegarek”. Ja wszystkie kapele lubiłam – czerniakowskie, praskie, no jeszcze i lwowską i wileńską. W tej praskiej można było tą dawniejszą Pragie, jak oni śpiewali, posłuchać i widzieć. Można było poczuć jak to było.
Pan Stanisław
(ustalić nazwisko),
rozmawia
Gabriela Sobiech
Jako warszawski rodak (mam papiery!) z dziada-pradziada i babki-prababki, od dzieciństwa nie lubiłem być karmiony piersią (z czasem mi to przeszło) i zawsze na pierwszym miejscu stawiałem butelkę, co do dziś mi zostało, tyle, że smoczek zamieniłem na śledzika w śmietanie! Wychowałem się na Czerniakowie, wśród muzycznej rynsztokracji spod znaku klucza francuskiego i wytrycha basowego, wtedy to właśnie zakochałem się w piosence warszawskiej. Dopiero kiedy piosenka schodzi na ulicę, kiedy nuci ją każda kucharka, każdy graciarz, dorożkarz, zdobywa ona naprawdę popularność. Jej lekkość i melodyjność podbijała tłumy, wszyscy śpiewali, nucili, po prostu je znali. Ludzie rozczulali się nad tułaczym losem zwykłych ulicznych opryszków, współczuli Czarnej Mańce i Staszkowi Apaszowi… Jak naiwnie teraz brzmią stare refreny, te gawoty, walczyki i poleczki. Kiedyś piosenka brała się z życia, jak na przykład w „Saskim Ogrodzie”. Och! Co to kiedyś był Ogród Saski! Nazywany był salonem letnim Warszawy. Przychodzono tu na ranne wody lub popołudniową kawę, każda aleja miała własną publiczność, a zakochane pary traktowały spacer aleją westchnień niemalże jak obowiązek. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wymyślili swojej wersji tej piosenki. Co wy, młodzi myślicie, że tylko wy wymyślacie przeróbki piosenek, my robiliśmy to samo…
W saskim Ogrodzie koło fontanny
Jakiś się frajer przysiadł do panny
I tak z nią grucha i tak z nią grucha
Myślą, że w końcu pannę wyszuka
Lecz panna twarda się nie dała
I alfonsiaka po mordzie zlała
Alfonsiak nakrył się wnet nogami
No i obdzwonił ziemię ja..mi
Ach! Chodziło się do Ogrodu z sikorkami… a potem ferajnie chwaliło, co się tam wyczyniało…! Każdy chciał być picuś nielada. Pamiętam jak chłopaki na dziewczyny chodzili. Ja to jeszcze łapserdak byłem i tylko im zazdrościłem i kipe (nos) na kwintę zwieszałem, że oni już mogą a ja nie Najbardziej jednak znane piosenki grały orkiestry uliczne, czyli tam, gdzie mieszkał prosty lud. W Warszawie było to zwłaszcza: Powiśle, Czerniaków, Praga i okolice Chmielnej były to miejsca pełne kontrastów i swoistego folkloru. Miały te ulice jakiś trudny do uchwycenia i zidentyfikowania urok. Niejeden próbował się tam wkupić do ferajny, ale mógł się tam przyjąć tylko swojak. Z braku stałego zajęcia młodzi spędzali czas na ulicy. Wszyscy się znali, w zwyczaju było odstanie pod bramą lub na rogu ulicy kilku godzin. Tam właśnie tworzono piosenki na poczekaniu, potem przekazywano je z ust do ust… W licznych knajpach „Sielance”, „Pod Gąską” i wielu, wielu innych załatwiano sprawy towarzyskie i handlowe. Burdy i rozróby były tam na porządku dziennym. Jest rzeczą niemożliwą, by mówić o folklorze przedwojennej Warszawy nie wspomnieć o piosence, której powstanie i egzystencja wiązała się z tęsknotą za „wolnością kochaną”. Język więzienny, mowa, a właściwie żargon dodawał piosenkom poczucia siły, osnuwał przestępcę urokiem tajemnicy romantyzmu. Taki właśnie język nazywali przestępcy blatną muzyką. Kryminaliści często „wilczą część” swojego życia spędzali za kratkami. Tam właśnie powstawały wiersze i pieśni będące często bohaterskimi rapsodiami opiewającymi życie i czyny „wybitnych bandziorów”. Natomiast złodzieje i kryminaliści i cały szeroko pojmowany margines społeczny się i tłumaczył wszem i wobec:
Podobno się pali czapka na złodzieja głowie.
Lecz gdyby to prawdą na nieszczęście było,
Toby z pół Warszawy czapek się paliło.
Wielokrotnie się zastanawiałem dlaczego tak się dzieje, że przestępcy i złodzieje, ludzie powszechnie potępiani doczekali się swoich ballad? Co nieuchwytnego i pociągającego kryło się w postawach tych ludzi, które z cech ich charakterów powodowały, że powstawała legenda, a ludek Warszawy czynił z ich idoli i bohaterów. Sergiusz Piasecki autor trylogii złodziejskiej („Jabłuszko”, „Spojrzę ja w okno”, „Nikt nie da nam zbawienia”) tymi słowa wyrażał się o marginesie społecznym: „Są to ludzie pełni buntu, siły i energii. Są szczodrzy, dobrzy i serdeczni. Zawsze gotowi pomóc słabszym, biednym i chorym. Nie złamią słowa, nie zawiodą zaufania, nie okradną tymi, z którymi żyją... W więzieniach i szeregach przestępców jest procentowo więcej istotnie uczciwych ludzi niż w normalnym społeczeństwie… Dureń niedołęga i tchórz może być ministrem, wodzem, artystą i politykiem, nauczycielem, kaznodzieją, lecz nie zawodowym złodziejem. Zawodowy złodziej musi mieć spryt, inteligencję i odwagę”. Czy można zgodzić się z taką opinią? W każdym razie warto ją poznać… Niepisany kodeks moralny złodziei zabraniał im podnoszenia ręki na kobietę. Oni bili się tylko pomiędzy sobą. Prawdziwy szanujący się złodziej dbał o swoją brzanę. Nie puszczał jej w miasto, harował na jej zachcianki, zaopatrywał w błyskotki. Pogardzano alfonsami. Dopóki biniawka była wierna, wszystko było dobrze, lecz kiedy poszła w cug, czekała na nią „kosa”.
… Lecz gdy dowiedział się, że Hanka go zdradziła,
w dłoni błysnął długi, ostry nóż…
Były również sikoreczki, które tak samo jak chłopcy z ferajny parały się złodziejskim rzemiosłem. Wówczas traktowano je tak samo, jak mężczyzn.
… W bandzie żyła Murka, dziewczę czarnookie,
Nie wiadomo skąd ją przygnał los
Lecz banda czuwała nad jej każdym krokiem,
W bandzie żyła od najmłodszych lat.
Żegnaj podłe dziewczę!
Zdradę zapłaciłaś życiem swym
Banda nie przebacza, kula jest zapłatą,
Zdradę można zatrzeć tylko krwią!
Jeszcze inne dziewczęta parały się tak zwanym „lekkim fachem” (ogłoszenie z prywatnych zbiorów bohatera):
Potrzebne panny do włóczkowej roboty
Zajęcie tylko wieczorem
Od Marszałkowskiej do Nowego Światu
Często zastanawiam się skąd się ten proceder bierze. Dochodzę do wniosku, że z biedy. To bieda daje światu grandę. Ci, którzy wyszli z biedy, rzadko się z nią rozstają. Ona ich ściga i pożera, a terror pieniądza czyni człowieka złodziejem. Ale były też wesołe strony tej biedy. Dzięki niej powstały bazary. Ależ tam wesoło było. Wszyscy tu zachodzili i to nie tylko w celach handlowych – …Białe lisy (psów szpiclów – Stefan Hycel) – ale także towarzyskich i rozrywkowych. Wszystkie kapele uliczne, o których wspominałem wcześniej tu przychodziły pograć i pośpiewać. A jakie tam pyzy wyborne dawali… już nie ma takich smakołyków! Dzieciarni zawsze się tam zbiegało i krzyczały ze sprzedawcami:
Oranżada na araku, spirytusie i koniaku
Lody, lody – jedno jajko, kubeł wody
Ale to wszystko już przeminęło i już nigdy nie powróci… Moje dziecko, popatrz tylko dookoła (na bazarze) czy wygląda to na wesołe, rozśpiewane i tętniące życiem miejsce?
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Leszek Hajdukiewicz
Podpisuję się Adzik z Targówka i troszkę ze Szmulek, czyliż… Tadeusz Szurek.
Leszek Hajdukiewicz Skąd się to wzięło?
Tadeusz Szurek, rozmawia
Leszek Hajdukiewicz
Całą swoją durną i chmurną młodość spędziłem na Targówku. Bazar leży przy Targówku lub jak ktoś woli odwrotnie. Wiech powiedział, że kiedy Warszawa była jeszcze lasem i polowano tutaj na tury, to na Targówku już były osiedla i wytapiano z rudy darniowe żelazo. W związku z tym należy powiedzieć, że najważniejszym miejscem w Warszawie jest Targówek. Urodziłem się w 1925 w Warszawie i po 5 latach od urodzenia przenieśliśmy się na Targówek. Mój ojciec był całe życie tramwajarzem. W związku z tym miałem darmowe przyjazdy, oglądanie miasta i załatwianie zakupów przede wszystkim, a to sprowadzało się do Pragi i Bazaru Różyckiego.
Olgierd Budrewicz, reporter miejski „Życia Warszawy” od 1946 r.,
rozmawia
Małgorzata Pużyńska,
Warszawa, grudzień 2003 r.
Przed wojną Praga to była dzielnica proletariatu i lumpenproletariatu. Mieszkało tam dużo biedoty. Mówiło się, że Praga to schody kuchenne Warszawy, bo wiele dziewcząt z Pragi pracowało jako służące po drugiej stronie Wisły.
Zygmunt Pągowski,
rozmawia
Andrzej Rudnicki
Paru bogatych ludzi mieszkało na Pradze, a reszta to robotnicy kolejarze, tramwajarze. Największe mieszkanie to pokój z kuchnią, a jak miał ktoś ubikację to był to już luksus. Wanny, łazienki to już nie było w żadnym domu. W tych bogatszych na Targowej to może były. Normalnie to jeden kran przypadał na pięciu, sześciu lokatorów.
Zygmunt Broniarek,
rozmawia
Marta Kamińska
Ubikacja znajdowała się zwykle na podwórzu. Taki szalet. Latryna, tak można powiedzieć. Wyżej mieściły się pokoje z kuchnią, balkon wspólny. Wspólny balkon. To już był luksus. Przypuszczam, że ludzie, którzy tu mieszkali, tak jak i ja, to wyrobili w sobie uczucie, z jednej strony zazdrości – że my tu jesteśmy. Nawet jeżeli mieszkaliśmy na takich podwórkach jak studnie. A więc była zazdrość, a z drugiej strony było dążenie, to tego żeby tych burżujów trochę wykiwać. Żeby nie byli tacy mądrzy, żeby nie byli tacy silni. I to wyrobiło w nas smykałkę, która pomagała przetrwać. Pomagała w samym sposobie życia. Ja uważam, że ludzie, którzy mieszkali na Pradze byli silniejsi psychicznie, charakterologicznie, byli silniejsi od tych inteligencików ze Śródmieścia. To pozwoliło bazarowi Różyckiego przertwac i żyć. Dzięki temu stał się on domeną prywatnej inicjatywy.
Stefan Kłyszewski
rozmawia…
Bieda uczy wszystkiego. W dowodzie tam gdzie imiona rodziców mam wpisane NN. W zakładzie byłem chowany, u księdza Siemca, na Lipowej 13. Księża mnie dobrze wychowali. I tam gdzieś do 7 lat wytrzymałem. Tacy Dyrektorowie z banku na Bielańskiej chcieli mnie adoptować, bo ja byłem taki czarnulek, ładny chłopak. Przyszli do zakładu. A ten dyrektor to był takiego samego pochodzenia jak ja, też bez rodziców. Od razu mnie wybrali. Ja mu się na szyję rzuciłem. Ale gdyby mnie adoptowali od razu to by mnie wykształcili. Ale oni chcieli na razie tylko opłacać wszystko i w niedzielę mnie odwiedzać. I tak było, odwiedzali mnie, ubranka przynosili, ale mnie to nie urządzało. Mnie pachniała wolność. Zacząłem uciekać. Najpierw kupiłem mleko, lepy na muchy i tak po podwórkach chodziłem. To było modnie coś sprzedawać. Jak się już tak rozkręciłem z tymi lepami to kupiłem koszyczek na fiołki, bratki i pod cukiernią u Bliklego stałem. Jak taka para wychodziła, narzeczeństwo, nie narzeczeństwo, on w bryczesach to ja buch tej pani kwiatuszki dawałem, to on mi złotówkę albo i dwie dawał. I tak zacząłem się rozkręcać. Miałem wtedy z osiem lat. Później zacząłem handlować grubszymi rzeczami. Jak już miałem uzbieranych trochę pieniędzy jakieś 600, 700 złotych to zacząłem rozwozić mleko z mleczarni. Od butelki miałem złotówkę. I wypatrzyłem sobie garaż od frontu u takiego sędziego. Poszedłem do niego i zapytałem, czyby mi tego garażu nie wynajął na sklepik. Miałem wtedy 17 lat. Sędzia zgodził się, ale z góry musiałem zapłacić za 3miesiące. To było na Żoliborzu, a tam nie przychodziły kupować panie, tylko służące. A ja byłem ładny, czarny chłopak to te służące umawiały się ze mną do cukierni, do kina. Lubiły mnie i chociaż tam wokół były wielkie spółdzielnie to one wszystkie do mnie przychodziły kupować. Pewnego dnia przyszła do mnie do sklepu taka pani i mówi: „to tu przychodzą moje służące kupować, bo im się towar podoba, ale ja myślę, że im się coś innego tu podoba”. Zacząłem mieć tyle towaru, że przed sklepem się sprzedawało, na zewnątrz i wewnątrz. A tuż obok był taki duży sklep wspólników. Za jakiś czas przyszedł do mnie ich kierownik i powiedział, że ja się bardzo dyrektorowi spodobałem i proponuje mi stanowisko kierownicze i tyle będę dostawał co w tym sklepiku mam. Ja im straszną konkurencję zrobiłem. Szło mi jak cholera. Najpierw jedna ekspedientkę miałem, później drugą. No to ja temu kierownikowi mówię, żeby powiedział swojemu dyrektorowi, że ja do swojego sklepu kierownika szukam. To po co tam pójdę? Jak ja bym tu bankrutował to byście mnie nie brali, a ja wam tu w skórę daję. A z pana to cwaniak – powiedział, zabrał się i poszedł. Mocno się rozkręciłem, ale do wojska zostałem powołany, do Pińska jak jeszcze polski był. Ja już wtedy sporo pieniędzy w banku miałem, ten sklepik odstąpiłem komu innemu. W tym wojsku to było marne żywienie, to ja się stołowałem w oficerskim kasynie i przez dwa lata wszystkie pieniądze przejadłem. Jak wyszedłem znów byłem golas. I znów trzeba było od czegoś zaczynać. Ale już byłem starszy i te firmy co mi przedtem dawały towar (Stowimkol i inni) na rękę mi poszły. Znów budę wynająłem na sklepik, ale jeszcze nie na bazarze. Później dostałem się na Koszykową, sprzedawałem owoce i prowadziłem ich hurt. Jak się ożeniłem to miałem tyle pieniędzy, że ryksza mnie woziła z tymi pieniędzmi. Żonę poznałem jak ten sklepik na Żoliborzu miałem. Jej siostra tam przychodziła, była ładna dziewczyna i zaczęła się u mnie zaopatrywać Podobała mi się, ale była naciągaczka, a ja byłem skromny chłopak. Chciała, żeby jej bez przerwy fundować teatry, cukiernie, kina. Raz umówiłem się z nią na Śniadeckich, że ona tam wyjdzie, ale przychodzi do mnie taka młoda pani i mówi, że jej siostra nie może wyjść. Pracowała jako wychowawczyni u takiego pana co mu żona zmarła i nie mogła wyjść, bo nie miał kto z dziećmi zostać. I zaproponowała mi, że razem możemy spędzić czas. No i z tą przyszłą żoną zacząłem trochę chodzić. Nie była naciągaczką, bo mi za bilet do teatru zwróciła. Pomyślałem, że taka prędzej się na żonę nadaje. Tamtą rzuciłem i z tą się ożeniłem.
Zygmunt Pągowski, rozmawia
Andrzej Rudnicki
Wychowałem się na Szmulkach gdzie większość stanowili Żydzi. Przeważnie Polaków w kamienicy było dwóch, trzech – dozorca, czy inny biedniejszy. A na bazarze przed wojną to było może 5-10 Polaków co handlowali, a tak to wszystko żydowskie budki były – 90 procent.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Żydzi. To byli najlepsi kupcy świata. Wszyscy o tym wiedzieli i dlatego chodziło się we dwoje, żeby ktoś oglądał przód i tył, żeby Żyd nie oszukał.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
– Panie tramwajarz, poczekaj pan – mówi Żyd do mojego ojca. Ja mam dla pana garniturek. Specjalnie on tu czekał na pańskiego syna.
Więc przymiarka wygląda to w ten sposób, że Żyd stawiał takiego delikwenta przed lustrem. Z tyłu pociągał za marynarkę, tu pogłaskał, tam pogłaskał.
– Widzisz pan jak pasuje?
Potem odwracał i ta sama historia z tyłem. A że był za długi? To na wyrost, bo zwykle chłopak rośnie. Jak sprzedawca zaproponował ojcu cenę to tata dawał połowę. Oczywiście były krzyki, zaklinanie się na żonę, na dzieci. Kończyło się tak na 60 % ceny wywoławczej i towar sprzedawano. Zresztą jakby przyszedł kupujący i gdyby zapłacił tyle ile kupiec chciał, to byłaby to podejrzana transakcja.
Teresa Szejwian,
ur. 1936 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Żydzi mieli głowę do handlu. Zawsze mówili: panie, siadaj pan, jak tu nie ma tego, co pan chce, to ja panu przyniosę. On nie wypuścił, jak zobaczył klienta. Wiedział, że on musi kupić. Mieli do tego głowę. No i dużo było Żydów. Mieli swoje kamienice i zawsze mówili, że wasze ulice, nasze kamienice. I potem musieli to wszystko opuścić. Oni do dzisiaj mają tego świadomość, że tutaj są ich korzenie. A ja lubiłam Żydów. Chciałabym, żeby wszyscy ludzie byli tolerancyjni. Bo ja nie popieram złe sprawy. Zresztą Żyd to też człowiek, jak i każdy. Mnie ich śpiewy, ich kultura żydowska się podoba. Bo oni mieli w sobie więcej jak warszawiacy tego dowcipu, tego humoru. I prażanie się od nich uczyli tej wesołości. Bazar Różyckiego był wspaniały z tego powodu. A teraz to jak wejdę, taka sypialnia, martwy bazar jest, taki smutny – sami goje. Żydzi byli świetnymi handlarzami. Potrafili klienta rozbawić i zabawić. Nie ma jak u mnie, nigdzie pan tak nie kupi! No, tak umieli zachwalać, że to się nie da opowiedzieć. I naprawdę wszystko wyłożyli. I nie wypuścili klienta, dopóki towar się nie sprzedał: Jak nie ma tego, to ja panu zamówię.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
No i przyszło dwóch aktorów kupić sobie jakąś nadzwyczajną, świńską walizkę ze skóry na podróże. Patrzą, ale takiej nigdzie nie ma. Stanęli zmęczeni i jeden z nich mówi: „Nie, nie dostaniemy tego, świeże. Nie, nie, nie, nie dostaniemy, wątpię, wątpię. Żyd wychodzi: „Przepraszam bardzo, u mnie jest »świeże wątpię«”.
Olgierd Budrewicz,
rozmawia
Małgorzata Pużyńska
Bazar Różyckiego i jego okolice, Ząbkowska, Brzeska, to była całkiem inna dzielnica niż dzisiaj. Przekupki z tym specyficznym zaśpiewem zachęcały, żeby kupić flaki i … pyzy. Po ulicach i podwórkach krążyli handlarze, trupy cyrkowe.
Zygmunt Broniarek,
rozmawia
Dorota Kalinowska
Sprzedawano horoskopy. To wyglądało w ten sposób, że sprzedawca miał butlę, z jakimś specyficznym gazem i czyste kartki papieru. Jak się chciało ten horoskop kupić, to on wkładał tę kartkę papieru do butelki, do takiego wazonu właściwie, i nasycał go gazem. A następnie wyciągał już gotowy horoskop. Miałem wtedy 14 lat. Służyłem wówczas do Mszy, w starym kościółku pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej przy ulicy Ratuszowej. Myśmy z procesją chodzili do bazyliki na Kawęczyńską, zawsze obok bazaru Różyckiego. Matka była praczką, pracowała w szpitalu Przemienienia Pańskiego, a ojciec drukarzem obiciowym. To znaczy – drukował tapety u Franaszka na Woli.
Jadwiga Konarska,
ur. 1920,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Targowa po stronie bazaru, to były przeważnie domki parterowe drewniane. Na bazar prowadziło wspaniałe wejście. Na środku stał wielki syfon, w którym znajdował się sklep z owocami. Wszystkie owoce, jakie pani chciała. Takich jabłek, jak tam nie widziałam potem już nigdy w życiu. To były jabłka sprowadzane w beczkach, niewielkie, takie jak większe jajka, z jednej strony czerwone, z drugiej jasne.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
W tym syfonie kiosku sprzedawała babka, która miała śliczną córkę. I chodzili tam wszyscy kupować wodę sodową, żeby popatrzeć na tą córkę.
Hanna Sujecka,
ur. 1918 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Tuż obok była kiedyś brama, taka ogromna od Brzeskiej, i jak się wchodziło tamtędy, to w szeregach stali zawsze Żydzi, mieli masło i jajka w bardzo dobrym gatunku. Najpierw z mamą tam zachodziłyśmy.
Anna Gulmantowicz, ur. 1925 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Ze służącą chodziłam zawsze ciekawa, jak ona sprawunki załatwia. Tutaj przy bramie zaraz były stoiska ze śledziami, trochę dalej dużo warzyw, potem kramy z gotową odzieżą. Ale przede wszystkim to był bazar z artykułami żywnościowymi: owoce, jarzyny mięso. Przy bramie były żydowskie śledzie w olbrzymich beczkach, beczki stały obręczami otoczone... Żydzi sprzedawali uliki... Nazwa śledzi specjalnie tuczonych, tłustych śledzi.
Jadwiga Konarska,
ur. 1920,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Cała alejka z rybami. Cała alejka jatki z mięsem. Wszystkie gatunki mięsa. Co pani chciała. Z drugiej strony owoce i jarzyny. Wszystkie kasze, wszystkie owoce przez cały rok. To był przewspaniały targ i naprawdę te owoce były tanie, były świeże. Tam się można było we wszystko zaopatrzyć, czego dusza zapragnęła.
Ryszarda Zielińska,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Zioła rozkładano na płachtach, na betonie, zielarki przyjeżdżały, wszystko można było kupić, nie potrzeba było chodzić do apteki. Na wszystkie choroby leki. Dalej były już budki z ubraniami – ślubne suknie, do Komunii, wszystko. Jak pani weszła, nie musiała pani nigdzie chodzić, duży kosz trzeba było wziąć, a nawet dwa, i wszystko się kupowało, wracało się do domu z pełnymi zakupami. Sklepików było mnóstwo jeszcze po drodze, sklepy malutkie i w suterenie, się wchodziło po schodkach. I wszystko, prawie wszystko było żydowskie. Nie było lodówek więc towar musiał być świeży. Wszystko wiadomo, że smaczniutkie. I rzeczywiście, to wszystko przed wojną było ekstra smaczne, bo było wszystko bardzo świeże, żadne mrożonki, żadne dorabianki, bo nie było możliwości fałszowania towaru, od razu się psuł i do widzenia. I nie sprzedał nikt. Pomarańcze były przepyszne, katańskie, których teraz już nie ma, teraz pomarańcze nie mają smaku, pomidory nie mają smaku, to wszystko jest inne i bez smaku.
Hanna Sujecka,
ur. 1918 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
No i oczywiście targowanie się. To tu nie było zakupu żadnego bez targowania. Kiedyś mama przeholowała, bo handlarz dał cenę masła – dziesięć złotych, a mama mówi: ja mogę dać pięć. To on już tylko oczy duże zrobił: – Pani, a skąd Pani przyszła?! Moja mama mówi: – Z Honolulu. – To idź pani lulu. No to odwróciłyśmy się – ale gdzie tam! Pobiegł zaraz za nami. – Pani, no co, nie dobijemy targu? No co, nie kupi pani u mnie? I zaraz był powrót z opuszczeniem ceny. I w końcu gdzieś w środku stanęło. Tam brali na nóż, próbowali – a mama moja powąchała tylko masło i wiedziała czy dobre. Ja podziwiam ją, bo ja musiałabym rzeczywiście spróbować – a nie powąchać. – Dobre, to proszę.
Anna Gulmantowicz, ur. 1925 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Obowiązkowo targowanie do dobrego tonu należało. Ząb za ząb, że tak powiem, jak nie, to szło się do innego, to ta przekupka wtedy latała, ciągnęła panią za kapotę tak jak na targu w Konstantynopolu, w Stambule, że jak klient interesuje się czymś, bo mu cena nie odpowiada, to sprzedający oczywiście zawraca i obniża cenę. Moja ciotka, Wołczyńska, miała dużą budę na bazarze. Budę z odzieżą damską, męską, dziecięcą. Na początku odzież, potem materiały. Ciotka była siostrą rodzoną mamy. Można powiedzieć, że utrzymywała całą moją rodzinę. Bardzo dobrze jej się powodziło. Mieszkała na Kępnej. Miała dwie służące. Jeszcze przed okupacją zatrudniała też krawcowe i hafciarki, które haftowały monogramy na bieliźnie. Bielizna pościelowa, męska, damska. Wtedy jeszcze niewiele było budek z gotową odzieżą. Od tej ciotki miałam sukienkę na komunię.
Barbara Jarosławska,
rozmawia
Katarzyna Michałowski
Mama kupiła nam z okazji I Komunii książeczki do nabożeństwa. Miała na bazarze kogoś, kto nam te zniszczone książeczki naprawiał. Chodzili też tacy, którzy mieli przywiązaną na szyi skrzyneczkę i sprzedawali cuda do odplamiania, papierki do zalepiania słoików zamiast nakrętek.
Tadeusz Szurek,
rozmawia
Marek Miller
To był bazar, gdzie można było wejść nago, a wyjść ubrany jak dżentelmen.
Zofia Bogucka,
ur. 1915 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Tam mogłaś iść głodna, wyszłaś najedzona, poszłaś boso, wyszłaś ubrana, tam wszystko się kupiło, od a do z, od koszuli, jak się mówiło, od majtek do, do... futra.
Teresa Błaszczyk,
Wspomnienia warszawskiej Pragi z lat trzydziestych dwudziestego wieku – widzianej oczami dziecka między 7 a 12 rokiem życia.
TPP (Towarzystwo Przyjaciół Pragi)
Miałam koleżankę, której ojciec był na bazarze stróżem. W dni świąteczne pozwalał nam dzieciom bawić się tu. Zsuwaliśmy budki, tworząc z nich coś w rodzaju sceny i na niej urządzaliśmy własnego pomysłu przedstawienia. Zakamarki bazaru były doskonałym terenem do podchodów i gry w chowanego, a alejki między straganami służyły do urządzania wyścigów i gonitw.
Barbara Jarosławska,
rozmawia
Katarzyna Michałowska
Jako dzieci staliśmy na bazarze i obserwowaliśmy szczury, które wychodziły spod budek z mięsem na wybrukowaną kostkę pić wodę z rynsztoków.
Teresa Szejwan,
ur. 1936 r.,
Archiwum Historii Mówionej,
Muzeum Warszawskiej Pragi
Weszłam na bazar, a tu gra muzyka. Zaraz, jak to było – „Raz pocałuje, raz w mordę bije, i jakoś, chwalić Boga, się żyje”. Albo: „Przy fontannie, usiadł chłopak przy swojej pannie. I stracił miarę – on ją całował, a ona ukradła mu zegarek”. Ja wszystkie kapele lubiłam – czerniakowskie, praskie, no jeszcze i lwowską i wileńską. W tej praskiej można było tą dawniejszą Pragie, jak oni śpiewali, posłuchać i widzieć. Można było poczuć jak to było.
Pan Stanisław
(ustalić nazwisko),
rozmawia
Gabriela Sobiech
Jako warszawski rodak (mam papiery!) z dziada-pradziada i babki-prababki, od dzieciństwa nie lubiłem być karmiony piersią (z czasem mi to przeszło) i zawsze na pierwszym miejscu stawiałem butelkę, co do dziś mi zostało, tyle, że smoczek zamieniłem na śledzika w śmietanie! Wychowałem się na Czerniakowie, wśród muzycznej rynsztokracji spod znaku klucza francuskiego i wytrycha basowego, wtedy to właśnie zakochałem się w piosence warszawskiej. Dopiero kiedy piosenka schodzi na ulicę, kiedy nuci ją każda kucharka, każdy graciarz, dorożkarz, zdobywa ona naprawdę popularność. Jej lekkość i melodyjność podbijała tłumy, wszyscy śpiewali, nucili, po prostu je znali. Ludzie rozczulali się nad tułaczym losem zwykłych ulicznych opryszków, współczuli Czarnej Mańce i Staszkowi Apaszowi… Jak naiwnie teraz brzmią stare refreny, te gawoty, walczyki i poleczki. Kiedyś piosenka brała się z życia, jak na przykład w „Saskim Ogrodzie”. Och! Co to kiedyś był Ogród Saski! Nazywany był salonem letnim Warszawy. Przychodzono tu na ranne wody lub popołudniową kawę, każda aleja miała własną publiczność, a zakochane pary traktowały spacer aleją westchnień niemalże jak obowiązek. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wymyślili swojej wersji tej piosenki. Co wy, młodzi myślicie, że tylko wy wymyślacie przeróbki piosenek, my robiliśmy to samo…
W saskim Ogrodzie koło fontanny
Jakiś się frajer przysiadł do panny
I tak z nią grucha i tak z nią grucha
Myślą, że w końcu pannę wyszuka
Lecz panna twarda się nie dała
I alfonsiaka po mordzie zlała
Alfonsiak nakrył się wnet nogami
No i obdzwonił ziemię ja..mi
Ach! Chodziło się do Ogrodu z sikorkami… a potem ferajnie chwaliło, co się tam wyczyniało…! Każdy chciał być picuś nielada. Pamiętam jak chłopaki na dziewczyny chodzili. Ja to jeszcze łapserdak byłem i tylko im zazdrościłem i kipe (nos) na kwintę zwieszałem, że oni już mogą a ja nie Najbardziej jednak znane piosenki grały orkiestry uliczne, czyli tam, gdzie mieszkał prosty lud. W Warszawie było to zwłaszcza: Powiśle, Czerniaków, Praga i okolice Chmielnej były to miejsca pełne kontrastów i swoistego folkloru. Miały te ulice jakiś trudny do uchwycenia i zidentyfikowania urok. Niejeden próbował się tam wkupić do ferajny, ale mógł się tam przyjąć tylko swojak. Z braku stałego zajęcia młodzi spędzali czas na ulicy. Wszyscy się znali, w zwyczaju było odstanie pod bramą lub na rogu ulicy kilku godzin. Tam właśnie tworzono piosenki na poczekaniu, potem przekazywano je z ust do ust… W licznych knajpach „Sielance”, „Pod Gąską” i wielu, wielu innych załatwiano sprawy towarzyskie i handlowe. Burdy i rozróby były tam na porządku dziennym. Jest rzeczą niemożliwą, by mówić o folklorze przedwojennej Warszawy nie wspomnieć o piosence, której powstanie i egzystencja wiązała się z tęsknotą za „wolnością kochaną”. Język więzienny, mowa, a właściwie żargon dodawał piosenkom poczucia siły, osnuwał przestępcę urokiem tajemnicy romantyzmu. Taki właśnie język nazywali przestępcy blatną muzyką. Kryminaliści często „wilczą część” swojego życia spędzali za kratkami. Tam właśnie powstawały wiersze i pieśni będące często bohaterskimi rapsodiami opiewającymi życie i czyny „wybitnych bandziorów”. Natomiast złodzieje i kryminaliści i cały szeroko pojmowany margines społeczny się i tłumaczył wszem i wobec:
Podobno się pali czapka na złodzieja głowie.
Lecz gdyby to prawdą na nieszczęście było,
Toby z pół Warszawy czapek się paliło.
Wielokrotnie się zastanawiałem dlaczego tak się dzieje, że przestępcy i złodzieje, ludzie powszechnie potępiani doczekali się swoich ballad? Co nieuchwytnego i pociągającego kryło się w postawach tych ludzi, które z cech ich charakterów powodowały, że powstawała legenda, a ludek Warszawy czynił z ich idoli i bohaterów. Sergiusz Piasecki autor trylogii złodziejskiej („Jabłuszko”, „Spojrzę ja w okno”, „Nikt nie da nam zbawienia”) tymi słowa wyrażał się o marginesie społecznym: „Są to ludzie pełni buntu, siły i energii. Są szczodrzy, dobrzy i serdeczni. Zawsze gotowi pomóc słabszym, biednym i chorym. Nie złamią słowa, nie zawiodą zaufania, nie okradną tymi, z którymi żyją... W więzieniach i szeregach przestępców jest procentowo więcej istotnie uczciwych ludzi niż w normalnym społeczeństwie… Dureń niedołęga i tchórz może być ministrem, wodzem, artystą i politykiem, nauczycielem, kaznodzieją, lecz nie zawodowym złodziejem. Zawodowy złodziej musi mieć spryt, inteligencję i odwagę”. Czy można zgodzić się z taką opinią? W każdym razie warto ją poznać… Niepisany kodeks moralny złodziei zabraniał im podnoszenia ręki na kobietę. Oni bili się tylko pomiędzy sobą. Prawdziwy szanujący się złodziej dbał o swoją brzanę. Nie puszczał jej w miasto, harował na jej zachcianki, zaopatrywał w błyskotki. Pogardzano alfonsami. Dopóki biniawka była wierna, wszystko było dobrze, lecz kiedy poszła w cug, czekała na nią „kosa”.
… Lecz gdy dowiedział się, że Hanka go zdradziła,
w dłoni błysnął długi, ostry nóż…
Były również sikoreczki, które tak samo jak chłopcy z ferajny parały się złodziejskim rzemiosłem. Wówczas traktowano je tak samo, jak mężczyzn.
… W bandzie żyła Murka, dziewczę czarnookie,
Nie wiadomo skąd ją przygnał los
Lecz banda czuwała nad jej każdym krokiem,
W bandzie żyła od najmłodszych lat.
Żegnaj podłe dziewczę!
Zdradę zapłaciłaś życiem swym
Banda nie przebacza, kula jest zapłatą,
Zdradę można zatrzeć tylko krwią!
Jeszcze inne dziewczęta parały się tak zwanym „lekkim fachem” (ogłoszenie z prywatnych zbiorów bohatera):
Potrzebne panny do włóczkowej roboty
Zajęcie tylko wieczorem
Od Marszałkowskiej do Nowego Światu
Często zastanawiam się skąd się ten proceder bierze. Dochodzę do wniosku, że z biedy. To bieda daje światu grandę. Ci, którzy wyszli z biedy, rzadko się z nią rozstają. Ona ich ściga i pożera, a terror pieniądza czyni człowieka złodziejem. Ale były też wesołe strony tej biedy. Dzięki niej powstały bazary. Ależ tam wesoło było. Wszyscy tu zachodzili i to nie tylko w celach handlowych – …Białe lisy (psów szpiclów – Stefan Hycel) – ale także towarzyskich i rozrywkowych. Wszystkie kapele uliczne, o których wspominałem wcześniej tu przychodziły pograć i pośpiewać. A jakie tam pyzy wyborne dawali… już nie ma takich smakołyków! Dzieciarni zawsze się tam zbiegało i krzyczały ze sprzedawcami:
Oranżada na araku, spirytusie i koniaku
Lody, lody – jedno jajko, kubeł wody
Ale to wszystko już przeminęło i już nigdy nie powróci… Moje dziecko, popatrz tylko dookoła (na bazarze) czy wygląda to na wesołe, rozśpiewane i tętniące życiem miejsce?
Doland wygre nastepne wybory ;_;
Hm...
Jestem prażaninem niemalże od urodzenia. Rodzice przed pierwszą wojną mieszkali na ulicy Mińskiej, gdzie zostałem – jak to się mówi - „zaprojektowany”. Ale losy tak się potoczyły, że pochodzę z Wileńszczyzny.
Podczas wojny jako podchorąży walczyłem pod Mławą. Potem na rozkaz naszego dowództwa musieliśmy się cofnąć. Skierowano nas na teren Warszawy. Wtedy właśnie rozpoczęła się moja miłość, moje przywiązanie do Pragi. Tu od 15, czy 16 do 29 września broniliśmy dostępu do stolicy, bo Niemcy szli w kierunku Warszawy, a nasza linia obrony była na Cmentarzu Bródnowskim. Za murem cmentarnym byliśmy my, to znaczy cała 20 Dywizja. Niemcy atakowali od Zacisza, a myśmy w tych cmentarnych murach przebijali otwory. Powstała nawet nasza ulica – ulica 20 dywizji. W czasie okupacji wróciłem z powrotem na Kresy, na teren Wileńszczyzny. Rok 1944 - Niemcy powoli opuszczają te tereny. Z powrotem zostaję powołany do wojska jako porucznik do tworzącej się armii Berlinga. Zaczyna się druga część
nie wiedział, co robić. nie wiedział, o czym myśleć
świat zawalił się na głowę z całą swą wielkością, jaką tylk mógł sobie wyobrazić
to był koniec
to był początek
-Ademirze pozwól no tutaj zaczny mężu.- Zwrócił się mistrz templariuszy do swego brata zakonnego. Miał już siwiżne a ubrany był w biały habit z czerwonym krzyżem.
-Jam?-Postać na zdobionym krześle nie odpowiedziała tylko zachęciła ręką młodego rycerza.
Do serwerowni weszła procesja.
Na czele pochodu Piotr M., krok za nim Przemek, a kolumnę zamykał Marek P. - to był znak, że coś się dzieje ...
Drzwi do serwerowni się zamknęły i ... nic.
Żadnych krzyków, jęków, żadnych odgłosów walki człowieka z bezduszną maszyną.
Na chwilę tylko tajemne drzwi się uchyliły. Wyłonił się zza nich Piotr M., zajrzał do pokoju Magdy, zamruczał pod nosem "niestety nie ma", po czym zniknął w serwerowni ponownie.
Czas mijał. Chwile zlewały się z szumem potężnych wiatraków, chłodzących maszynerię znajdującą się po drugiej stronie.
Po głowie nieśmiało błąkała się myśl o tym, że dziś już nie uświadczymy internetu.
Nikt z nas nie śmiał wypowiedzieć jej jednak na głos ...
Rzygałem w plastykową torebkę jak gówniarz po pierwszym, porządnym chlaniu. Żołądek próbował mi wyjść przez gardło i choć to nie możliwe, bolały mnie stawy nóg.
Chujowo rzyga się w próżni.
Zresztą, wszędzie rzyga się chujowo. Do rzygania w kiblu, po alkoholu i prochach, byłem jednak przyzwyczajony. Wypluwanie z siebie flaków w 0g było nowym doświadczeniem.
- Starczy? Może włączę ciążenie?
- Nie... rrrwa twoja ma.... nie!
- Jak sobie chcesz. Daj znać jak będziesz miał dość masochizmów.
Znów zwinęła mnie konwulsja, ale nie miałem już co z siebie wyrzucić. Byłem pusty jak butelka nad ranem. Czułem się jeszcze gorzej. Wymiotowanie daje jednak pozorną ulgę, a przynajmniej zajmuje umysł. Zamknąłem torebkę suwakiem i wrzuciłem do spalarki. Policzyłem powoli do tysiąca.
- Już lepiej.
- To co? Włączamy?
- Nie! Wolę się przyzwyczaić.
- Jak sobie chcesz.
Wolę się przyzwyczaić, bo nie chcę nawet myśleć o tym, co by było, gdybym narzygał sobie w hełm. Oczywiście są tam jakieś filtry, jakieś odsysacze i inne duperele, mamy w końcu czterdzieste pierwsze tysiąclecie i nie umiera się od pojedynczej kulki rozszczelniającej kombinezon, ale wolałbym uniknąć kilku godzin z zarzyganą twarzą.
Znów policzyłem do tysiąca.
- Max, zbliżamy się.
- Ile...
- Pół godziny.
- Dobrze.
- Wiesz, ten... to może trochę zająć, dobrze by było jakbyś się przygotował...
- A co ja, kurwa, robię?
- Miałem na myśli te... no będzie ci łatwiej jak wcześniej załatwisz potrzeby fizjologiczne.
Punkt dla niego. Jak te skurwiele srają w kombinezonach? Brrrr....
- Włącz ciążenie, nie będę sobie gówna wyjmował spomiędzy pośladków.
- Się robi szefie.
Jak ja im zazdrościłem, tym wszystkim bladobłękitnym, drobnym, rozciągniętym ludzikom, jak Herman, pilot, z którym właśnie rozmawiałem. Zero problemów w nieważkości, w pizdu miejsca, zero syfu, zero brudu... no dobra, niezupełnie zero, ale w porównaniu z Gunmetal, to było nic. Zero epidemii, lekarz na każde zawołanie, i zero problemów w 0g. Dałbym sobie znów nogi uciąć, byle tylko wnętrzności wróciły mi na swoje miejsce. Człowiek nie jest jednak stworzony do podróży kosmicznych. Promieniowanie, temperatura, brak tlenu, wszystko to mordercze, ale nawet zwykła, pierdolona nieważkość przesuwa organy i wywołuje największą w życiu chorobę morską. Ech...
I zasysający kibel próżniowy, nawet wody nie można spuścić normalnie.
- Piętnaście minut do podejścia.
- Dobra. Zaraz będę. Obudzisz truciciela?
- Już się pakuje. Przyjść ci pomóc?
- Nie musisz tam czymś sterować przypadkiem?
- Max, ten statek jest martwy i popruty mikrometeorami, jak księżyc Świętej Ziemi. Nigdzie nam nie ucieknie. Wystarczy że zrównam się z nim prędkością i mogę zostawić kokpit w spokoju póki nie rozbijemy się o gwiazdę. Co przy obecnym wektorze nastąpi najwcześniej za kilka miesięcy.
- Dobra, dobra, rozumiem. Możesz mi pomóc.
Ale jestem wspaniałomyślny. Ech...
Pomoc się jednak przydała. Teoretycznie wiem jak to zrobić, bo teoretycznie wiem prawie wszystko, taki efekt uboczny zabawy z Genetorami, ale teoretyczna wiedza, a doświadczenie, to dwie zupełnie różne rzeczy.
- Gotowe, powodzenia.
Herman klepnął mnie z rozmachem w plecy i poszybowałem w kierunku śluzy. Truciciel już czekał. Miał gustowny kombinezon w kolorze świeżo zakrzepłej krwi, z białymi krzyżami na piersi i plecach. Nie wiem kto im wymyślił taki durny znak rozpoznawczy, dla mnie wyglądał jak ruchomy cel na strzelnicy.
- Jak się masz doktorku? Wyspany?
Pomachał mi ręką i pokazał na przłącznik interkomu. Cholera.
- Teraz lepiej? Pytałem czy się wyspałeś?
- Naturalnie. Słyszałem że miałeś problemy żołądkowe, chcesz prochy?
Równie dobrze mógłby mi zrobić lewatywę.
- Dzięki, ale nie masz uprawnień, a ja nie chcę ryzykować że twój proch zareaguje trochę inaczej z tym, co mam w żyłach.
Odwrócił się nie odpowiedziawszy. Jak wszyscy lekarze uważał się za nieomylnego i jakakolwiek krytyka doprowadzała go do szewskiej pasji. Ale miałem rację, nie miał pojęcia co wpuścili mi w kanały Genetorzy i nie miał pojęcia jaki będzie efekt.
Zamykając śluzę chwyciłem za laserowy karabin i odruchowo się skrzywiłem. Latarka, jak ją w Gunmetal określano, była bardzo przez nas nielubianym rodzajem broni. Ale nie miałem ochoty kompensować ewentualnych odrzutów silniczkami skafandra. Aż taki dobry nie jestem.
Szczerze mówiąc, lasery nie zasłużyły na złą opinię. Uprzedzenie mieszkańców Gunmetal wynikało z powodów ekonomicznych. Gunmetal robił słynną na cały sektor broń palną. Tajemnicą poliszynela było, że dziesięć razy tyle zarabiano na częściach zamiennych i amunicji. Amunicja się zużywa, mimo najlepszych materiałów lufa i komora także. I to praktycznie niezależnie od konstrukcji. Przy laserze natomiast, pomijając jego minimalnie mniejszą moc, wszystko co musisz robić to ładować baterie i czyścić raz do roku soczewki. Brak ruchomych elementów sprawiał, że była to broń praktycznie nie do zdarcia. Czyli nie dało się zarobić na utrzymaniu. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nienawidziło go całe Gunmetal, kochali się w laserach generałowie i wojskowi logistycy. Częściej musieli wymieniać ludzi, niż broń. A ludzie, są tańsi. W końcu łatwiej zrobić człowieka, niż laser.
Znane nam dotycznas wampiry sporo różnią się od tych, które poznasz. Uprzedzam, że nie są one ani mroczne ani tajemnicze mimo, że próbują takie być. Zacznijmy od jednego z wampirów, którego cechuje lęk przed krwią, zwie się on
test1